I jak zamierzałam, tak zrobiłam – popełniłam wreszcie swój pierwszy srebrny pierścionek w życiu :). Nazwałam go „Fangorn” (sprzedany), a to dlatego, że w założeniu miał być jak stary, mądry las, pełen splątanej roślinności, który jednak rozświetlają pojedyncze promienie słońca, od czasu do czasu przebijające się przez gęste korony drzew (i entów ;D). Generalnie te klimaty ;). Kamienie to żółty szafir i maleńki diopsyd chromowy. Średnica wewnętrzna 16 mm, czyli rozmiar jubilerski 11.

Co ciekawe, dzięki nieprzeciętnemu fuksowi, a może intuicji, utrafiłam idealnie w swój rozmiar, co wcale nie jest takie banalne. Srebro, w formie której ja używam, kurczy się podczas obróbki cieplnej, o około 10%, ale jak się łatwo domyślić, w przypadku torusa, jakim z grubsza jest pierścionek, ciężko tak dokładnie przewidzieć jakie będą efekty kurczenia się i jaki rozmiar otrzyma się na końcu. Tak więc naprawdę miałam szczęście/oko/intuicję ;).
Dla ciekawych pokazuję poniżej kolejne etapy tworzenia tego pierścionka. 1) wstępna baza wymodelowana na mandryli przy pomocy pilników i takich tam. Przy okazji widać co można np. wymyślić, żeby nie wybulić 5 dych na podpórkę pod mandrylę, 2) pierścionek ozdobiony już moimi ornamentami, kamieniami i gotowy do wypalenia, 3) wypalanie. Pierścionek po wstępnym „szczotkowaniu”, polerowaniu, oksydzie, przecieraniu i ponownym polerowaniu na zdjęciach głównych :). Podoba mi się takie czarne, lekko tylko przepolerowane srebro. A teraz zmykam na podyplomówkę :).