Trochę będzie dziś pokazywania, ale to głównie przez ostatnią część tytułu ;).
Po pierwsze to zrobiłam interpretację kolejnego słowa ze stworzonego przez Tolkiena języka elfów szarych. Tym razem to Lalaith – Śmiech. Szczery, radosny, nieskrępowany śmiech zawsze wyobrażałam sobie (w sensie wizualnym) jako jakieś radosne, żółte ogniki, iskierki, które ciągnąc za sobą ogony słonecznego światła, splatają się biegnąc gdzieś w niebo. Hmmm, po przeczytaniu tego ostatniego zdania stwierdzam, że zdecydowanie jestem dziwna ;D. Ale mniejsza z tym ;).  Tak się właśnie zastanawiałam jak by te swoje wyobrażenia przetłumaczyć na język splatających się ornamentów i wyszło tak:

Kamienie to żółte szafiry. Już w kilku projektach używałam takich – uwielbiam ich kolor. Kolczyki są sprzedane.
Drugi dzisiejszy projekt to taka mała alegoria – naszyjnik ze srebra i turkusów, który nazwałam „Razem i osobno” (sprzedany). Wiele różnych rzeczy miałam na myśli, kiedy go robiłam, ale myślę, że każdy sam znajdzie w nim coś dla siebie:

No i na finał ;) – zaliczyłam kurs tzw. Art Clay Level 1. Certyfikat musi być ;). W ramach kursu wykonałam 7 projektów, ściśle opisanych krok po kroku przez Japończyków. Każdy projekt wymagał użycia konkretnych technik, w bardzo konkretnej formie. Tak więc teoretycznie mało kreatywnie, bo forma była w dużej mierze z góry wymuszona, ale zrobiłam wszystko, żeby te projekty były „po mojemu”. Muszę przyznać, że przy okazji nauczyłam się kilku technicznych trików, które mogą mi się przydać w moich kolejnych biżuteryjnych wytworach.
1)W lesie znalezione, z cyrkonią (na co dzień nie używam syntetycznych kamieni, ale tu projekt wymuszał) (sprzedana) 2) Zapach malin z rubinami i diopsydem chromowym – tu odjechałam od projektu na maksa, ale zakochałam się w tym pierścionku, no i rozmiar oczywiście wyszedł 11 ;D (sprzedany) 3) Perła w lianach – uważam, że wyszedł super :) (sprzedany) 4) Gniazdo Szeloby (jakoś nie lubię tej strzykawkowej techniki. Teoretycznie miały to być kolczyki w kształcie kulki ;) 5) taki „witrażowy” wisiorek z cyrkoniami (sprzedany). Pozostałych dwóch na razie nie obfociłam. Wszystko oczywiście zoksydowałam, mimo, że oksyda w oryginalnej instrukcji nie była przewidziana. Dla mnie oksyda  po prostu musi być, choć wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł, który ją wyklucza – ale to za jakiś czas.