drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Dziś podrzucam zdjęcia dwóch projektów, które wykonałam niedawno. Pierwszy to wisiorek z opalem dendrytowym – „Krajobraz zimowy”, który zrobiłam na urodziny mojej mamy :). Kamień upolowałam dzień wcześniej u Piotrka, który szlifował dla mnie ostatnio kilka labradorytów. Wysypał przede mną woreczek tych opali, a ja oczywiście „zanurkowałam” i od razu znalazłam dwa, w których dostrzegłam piekne, zimowe krajobrazy :). Ten jest już oprawiony, a drugi, dużo mniejszy, czeka na oprawę. Możliwe, że powstanie z niego jakiś pierścionek albo coś w tym stylu.

    Druga rzecz na dziś to komplet „Storm Goddess” (sprzedany), który już dawno chodził mi po głowie. Właściwie to od momentu kiedy weszłam w posiadanie tego pięknego agatu blue lace, który po prostu narzuca myśli o morzu. Chciałam żeby całość miała klimat jak wburzone morze, morski „szpej” porozrzucany po brzegu przez fale, kojarzyła się z obrośniętymi różnościami starymi linami itd. Naszyjnik naprawdę pięknie prezentuje się na dekolcie, a kolczyki ładnie to uzupełniają :).


    Poza tym od kilku dni utonęłam na nowo w elfich klimatach (wszystko dzięki zamówieniu dla Rhiannon :) ), tak więc powstały cztery nowe wzory, które wkrótce sfinalizuję i tymi na pewno się pochwalę :). Mam też sporo nieobfoconych, drobnych projektów z brązu, ale jakoś pogoda nie zachęca mnie do zdjęć. Owszem, mam oświetlenie, ale jakoś, nie wiem. Jakoś lubię ładne światło dzienne.
    Ha, no i bawię się w małego chemika. Wciągnęło mnie to tak, że szkoda gadać ;). Mieszam amoniak z różnymi rzeczami, dolewam „tego i owego”, a jak wczoraj produkowałam dwutlenek węgla zalewając kredę octem to aż kwiczałam z radości ;D. Problem polega na tym, że na razie z moich eksperymentów mam więcej radości i smrodu niż efektów ;). No ale trzeba być twardym a nie miętkim ;). Być może brak efektów (chociaż powinnam napisać „właściwych efektów”, bo efekty mam i to bardzo ciekawe – będę pewnie o nich pisać jak wreszcie skończę to co robię – nawet wiem już jakie reakcje chemiczne wywołałam :D) wynika z tego, że do tej mojej chemii podchodzę jak do gotowania. Tzn. dochodzę zawsze do momentu kiedy wypowiadam magiczne słowa „co by tu jeszcze dodać” ;D, a wtedy wszyscy mają ochotę schować się pod stół ;). I to tyle na dziś.
    Ach, a co do tytułu – naprawdę to właśnie miałam w planie ;).

    Dziś tak z biegu, bo ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu i nie mam nawet chwili żeby zrobić zdjęcia ostatnich nowości. Dziś więc kilka projektów, które powstały już jakiś czas temu.
    Niedawno zaliczyłam swoją pierwszą próbę z keum-boo. To ciekawa technika trwałego wtapiania 24 karatowej, złotej folii w powierzchnię srebra. Wymyślono ją bardzo dawno temu w Korei. Postanowiłam przetestować ją na bransoletce o bardzo organicznym charakterze, którą nazwałam „Little planet Leaf”. Wydaje mi się, że to ciekawy projekt, a keum-boo pozwoliło mi dodać mu jeszcze trochę nieprzewidywalności i wrażenia, hmm, życia na powierzchni ;). „Little planet Leaf” jest więc zrobiona ze srebra, 24 karatowego złota, 22 karatowego złota (złocenia na kuleczkach) i 14 karatowego złota (kuleczki na obwodzie bransoletki). Ale się wyzłociłam w tym projekcie ;). Ach, no i oczywiście zdobią ją ametysty.


    Poza tym podrzucam zdjęcia trzech projektów wykonanych na zamówienie. Modyfikacje dawnych wzorów. Spiral Goddess, ale z owalnym kamieniem księżycowym (uważam, że bardzo jej z nim pięknie – w ogóle śliczne te kamienie – mam jeszcze kilka, bo kupiłam na ostaniej giełdzie), pentakl z drzewem zdobiony ślicznym labradorytem oraz nieśmiertelnik dla Pani Ani, z nieco zmienionym tekstem „zakupowym” ;).



    Tak się ostatnio kompletnie zakręciłam przez ten brak czasu, że nie dość, że siedzę po nocach to jeszcze zapominam o różnych rzeczach. Dziś na przykład zapomniałam pójść na doradztwo z funduszy strukturalnych, bo byłam święcie przekonana, że 7 maja jest w sobotę. Ech, potrzeba mi trochę relaksu. Już postanowiłam, że na to konto kupię sobie dziś jakieś ładnie pachnące rzeczy :). Najlepiej świece w moim ulubionym sklepie ze świecami. Dziś planuję powiększyć moją kolekcję o zapachy granat-grejpfrut-mech i wetiwer-grejpfrut. No i muszę odnowić swój zapas werbeny. Pewnie łatwiej byłoby się wyspać, ale to byłoby takie trywialne ;).

    Jak widać wróciłam, choć do tej pory ciężko mi przestawić się na tryb codziennego funkcjonowania. Jestem niesamowicie zachwycona Bałkanami i chyba tak trochę nietypowo, bo np. jeśli chodzi o Chorwację to najbardziej podobają mi się tam… góry :). Są przepiękne, zwłaszcza z bliska, takie dzikie i surowe. Wspaniale się po nich chodzi, choć jednak nieco niebezpiecznie, bo szlaków w gruncie rzeczy nie ma, no i zbudowane są z takiej bardzo mocno zerodowanej skały (przynajmniej te w okolicach Dubrownika), tak więc trzymanie się czegokolwiek często wiąże się z tym, że to coś zostaje w ręce, a trzymanie się roślin bywa jeszcze bardziej „zabawowe”, bo większość kłuje. Dreszczyk emocji był, ale w końcu o to przecież chodzi ;). No i węże. Tak, węże to w tych górach zdecydowana atrakcja ;). Tak czy inaczej jeszcze nigdy nie chodziłam po górach, z których widać morze. To naprawdę niezapomninane przeżycie. Oczywiście zobaczyliśmy „obowiązkowe” punkty programu takie jak Split, Trogir, Dubrovnik, Jeziora Plitvickie (tu też wow..), Krka, a poza Chorwacją Lubljana, jaskinia Postojna (! polecam każdemu), plus zahaczyliśmy o Bośnię i Hercegowinę, ale gór nic nie przebije. Poniżej kilka zdjęć:


    Ale – wracając do tematu biżuterii :) – ostatnio bynajmniej nie leniuchowałam. Po powrocie zrealizowałam trzy zamówienia i poświęciłam sie eksperymentom. Pierwsze zamówienie to komplet wykonany dla Pani Joanny, będący wariacją na temat „Leśnych duszków”, tym razem także z naszyjnikiem, całość bogato zdobiona ciemno zielonymi turmalinami, jasnymi oliwinami i pojedynczymi oponkami złotego pirytu. Zdjęcia słabe, bo uczę się właśnie obsługi nowego sprzętu fotograficznego i widzę, że dużo, oj dużo nauki przede mną. Drugie zamówienie to wisior wykonany dla Aife„Pentakl z piórem”, który wzbogacił pięknie moją galerię pentakli :), a trzecie to niewielki wisiorek zrobiony dla Kate, która zakupiła wcześniej ode mnie kolczyki „Aegishjalmur” do których to wisiorek miał pasować.



    Jeśli chodzi o eksperymety to zaczęłam łączyć brąz z miedzią. Moim pierwszym projektem, w którym połączyłam te metale jest „Odpocznij wiosennie” (sprzedane). Prawdę mówiąc jestem nawet nieco zaskoczona, że tak dobrze technicznie to wyszło. Marzyło mi się, żeby spatynować całość na niebiesko-zielono i potem ściągnąć patynę wybiórczo, ale póki co przeraża mnie chemia, którą trzeba do tego zastosować i w końcu zdecydowałam się na klasyczną oksydę. Co prawda znalazłam jeden bardziej przyjazny dla środowiska sposób patynowania, ale nie chce mi się wierzyć, żeby działał – cóż, sprawdzę wkrótce, przy kolejnym wypale brązu i miedzi. Pierwsze zdjęcie to „surowy” projekt, jeszcze nie wypalony, dwa pozostałe to już lity brąz i czysta miedź. Spełniło się moje marzenie o ażurach :). Na pewno będzie ich więcej.

    Poza tym przy okazji zrobiłam kilka mniejszych projektów, będących bądź to mieszanką miedzi i brązu, bądź też samym brązem. Poniżej dwa z nich – „Łąka w brązie” (sprzedane) (zachwyciły mnie te kolory i faktura, więc niedługo powstanie duuuży naszyjnik do kompletu) oraz „Liście w kolorze” (sprzedane), łączące w sobie brąz, miedź i oksydowane na grafitowo srebro (ogólnie wszystkie bigle i dodatki w brązowych projektach są srebrne, ze względu na wygodę użytkowania). Do tego, tym razem w srebrze, jeszcze jeden egzemplarz mojej mini serii „Kwiaty polskie”, tym razem „Folk na zielono” (sprzedane).


    I to tyle na dziś :). Właśnie odpisuję na ostatnią porcję zaległych maili, tak więc czekających na odpowiedzi proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości.

    Ostatnio skupiam się na zamówieniach i też dziś pokażę jedno z tych, które robiłam ostatnio plus jedną „samowolkę” ;). Ogólnie staram się teraz zrealizować jak najwięcej zleceń, bo w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na urlop (łiiiiiii ^^), zwiedzać Chorwację, a nie chcę już nadwyrężać cierpliwości niektórych i tak już anielsko cierpliwych osób ;).
    W każdym razie, najbardziej skomplikowanym projektem jaki ostatnio wykonałam był sekretnik stworzony dla Wild, w który włożyłam naprawdę wiele pracy. Najbardziej zadowolona jestem z konstrukcji technicznej, bo po raz pierwszy wykonałam autentyczne zawiasy :), tak więc wisiorek otwiera się na bok i zamyka w klasyczny sposób przy pomocy szpili. Całość bazuje na wzorze sekretnika „Awen Inside”, który wykonałam kiedyś, ale ten jest jego zdecydowanie „upgrade’owaną” wersją ;), z bardziej szczegółowymi ornamentami no i oczywiście inną kolorystyką. Zresztą nie dziwię się, że wyszedł lepiej – w końcu „Awen Inside” wykonałam prawie 1,5 roku temu, a co by nie mówić, przez ten czas nauczyłam się tego i owego ;). Wild nazwała ten wisior „The Fading Tale” (teraz już mogę powiedzieć na 100%, że to od piosenki zespołu Delight - do niedawna tylko to podejrzewałam ;) ). Koniec paplania – zdjęcia:


    Praca nad tym wisiorem była dla mnie ogromną przyjemnością i teraz w sumie myślę z radością o tym, że w ciągu najbliższych dni zabiorę się za kolejny sekretnik, zamówiony przez mojego wspaniałego przyjaciela :). Tak więc czeka mnie wykonanie drugich zawiasów – mam nadzieję, że tym razem pójdzie łatwiej :).

    Drugi wisiorek, który chciałam dziś pokazać to kolejna wariacja na temat nieśmiertelnika, tym razem w wersji dla niepokornej, artystycznej duszy. Natknęłam się ostatnio na niesamowity cytat Fryderyka Nietzschego o kreatywności. Przeczytałam i od razu przyszedł mi pomysł na wisior z nim w roli głównej. I tak powstał „Dancing star”, ozdobiony dodatkowo szafirem gwiaździstym, nawiązującym do treści cytatu. Kamień w punktowym świetle (słońce, żarówki, flash aparatu itd.) ukazuje śliczną, sześcioramienną, ruchomą gwiazdkę. Widać ją na drugim zdjęciu. Wisiorek odnalazł swoją panią ;) na dzisiejszym krakowskim spotkaniu biżuteryjek, tak więc jest zarezerwowany. Wyglądało to na miłość od pierwszego wejrzenia :). Swoją drogą spotkanie było bardzo miłe i mam nadzieję, że będzie powtórka :). Bo dobrego towarzystwa, pięknej biżuterii, cudnych kamieni, smacznego jedzenia i dobrego napitku nigdy dość ;). Mogłabym dodać jeszcze kilka rzeczy, ale zdanie wyszłoby za długie ;-).

    A teraz zmykam wygrzewać się z książką pod kocykiem, bo jestem strasznie przeziębiona. Mam nadzieję, że nie pozarażałam dziś wszystkich, z którymi się widziałam ;). Całe szczęście już mi przechodzi.
    Ach i jeszcze pochwalę się jedną rzeczą :)tutaj można znaleźć komplet biżuterii wykonany przez Marcina, na podstawie mojego tutorialu.

    Chwilę mnie tu nie było, ale postaram się nadrobić :). Na raty, bo jestem w trakcie przesiadania się ze starego laptopa na nowy, a chwilowo od jednego z nich dzieli mnie kilka kilometrów, a mam na nim część zdjęć ostatnich prac. Tak czy inaczej dziś przede wszystkim moja interpretacja jednego z ostatnich trendów – miliatarnego :). Tak ogólnie rzecz biorąc to rzadko kiedy „podążam” za modą. Raczej robię po prostu to co mi w duszy gra – czasami to coś akurat zbiegnie się z aktualnymi „wrzaskami mody” ;) a czasem nie. Część moich wzorów ma też po prostu charakter ponadczasowy, a część inspirowana jest tym co widzę, co sobie myślę, co odnajduję w dostępnych mi materiałach itd. Nie ma co jednak ukrywać, że tym co widzę jest również moda, tak więc nie będę zapierać się nogami i rękami, żeby tylko nie dać się zainspirować ;D. Bo czemu miałabym to robić? Tak właśnie powstały moje nieśmiertelniki. Ujął mnie trend militarny, który kolorowe czasopisma okrzyknęły jednym z tych „tru” tej wiosny. Wiadomo, nieśmiertelnik to coś co natychmiast kojarzy się z filmami o dzielnych ( i zwykle przystojnych ;) ) żołnierzach. Mężczyznach. Może komuś skojarzy się z „G.I. Jane”, ale to ciągle ten sam nieśmiertelnik. A gdyby tak się „ukobiecił”? ;) Obrósł ornamentami, zmienił treść – dlaczego nie? Pierwsze efekty tej „feminizacji” motywu nieśmiertelnika poniżej:



    Do nieśmiertelników zdecydowanie powinien być kulkowy łańcuszek, ale przyznam, że mam spory problem ze znalezieniem takiego na metry. No w każdym razie wyszły takie pół żartem pół serio kobiece klimaty :). „You can’t buy everything…” jest już sprzedany, „I forge my own path”również, a „If men liked shopping…” (sprzedane).
    Poza tym robiłam pierwsze próby ze szklaną emalią. Ze względu na nieznajomość materiału wybrałam bardzo proste formy i tak powstała „Geometria liścia – świeżość” (te nieodparcie kojarzą mi się z listkami cytryny – aż ślinka cieknie ;) ) i „Geometria liścia – wschód”. Obie pary kolczyków są moimi (udanymi :) ) eksperymentami z mieszaniem różnych kolorów szklanej emalii i ogólnie posługiwaniem się nią. Zrobiłam też jeszcze wisiorek, ale niestety poległ w walce. Jestem trochę zła, bo był najbardziej złożony z tych trzech projektów, no ale cóż, zdarza się. Okazało się, że emaliowana powierzchnia była za duża i emalia strasznie popękała – jeśli uda mi się zdjąć chociaż jej część i znowu wyrównać emalię, to może coś jeszcze z tego będzie, ale póki co odłożyłam go na bok i zajęłam się innymi rzeczami. Między innymi wisiorkiem na zamówienie Tary, ze stworzonym przeze mnie wcześniej motywem księżyca, który niestety fotografowałam po zmroku i zdjęcia są straszne, więc pokazuję tylko jedno ;).



    I to chyba tyle na dziś.

    Znowu sporo nowości. I biżuteryjnych i tych „okołobizuteryjnych” :). Postaram się streszczać, choć zwykle słabo mi to wychodzi.
    Zacznę od swojego drugiego wypału brązu i powstania idei kolekcji „Aes brundusinum”. Właściwie to nie pracuję kolekcjami, przynamniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – nie tworzę myśli przewodniej na sezon i nie realizuję projektów tylko z nią związanych. Z drugiej jednak strony w gruncie rzeczy w tym co robię da się wyodrębnić jakieś kolekcje, tylko takie jakby rozproszone, realizowane cały czas, przeplatające się. Zanudziałbym się na śmierć, gdybym miała np. przez pół roku robić rzeczy podobne do siebie. Pewnie podobnie będzie z „Aes brundusinum”. Nazwa wzięła się od pierwszego z moich brązowych wisiorów, a co do znaczenia nazwy samej w sobie odsyłam do notki na mojej stronie, coby się nie powtarzać :). W każdym razie to surowa, etniczna seria, zupełnie inna niż dotychczas i muszę przyznać, że tworzenie takich projektów bardzo mnie odpręża, tak więc już marzę o dalszym ciągu, ale najpierw muszę wygrzebać się spod zaległości zamówieniowych (co robię już od dwóch tygodni). Kolejno: „Aes brundusinum – krople czasu” (sprzedane) z turkusami w tęczowym i błyszczącym brązie oraz srebrze, „Aes brundusinum – omszałe” (sprzedane) z piękną fakturą przypominającą mech, srebrem i turkusami, „Aes brundusinum – przerwany krąg” (sprzedane) z bursztynami i „Aes brundusinum – Luna paleolitu” z lapis lazuli (sprzedane). Wszystkie faktury użyte w projektach także są mojego autorstwa.



    A tak naprawdę to te wszystkie projekty z brązu powstały dlatego, że robiłam zamówienie dla Airaenn w postaci wisiorka przedstawiającego rumianek uwieczniony w oksydowanym na pastelowo brązie, zdobiony ametystem. A że brąz wypala się w piecu i jest to dość skomplikowana procedura, więc uznałam, że muszę skompletować większy wsad (i z dziką radością zrobiłam te wszystkie pojekty nie na zamówienie ;) ). Zawsze to bardziej ekologicznie :). Wisiorek poniżej, a także kilka kolejnych projektów brązowych z tego samego wypału: „Brąz w pastelach” (sprzedany), „Morze w brązie” (sprzedany) i „Zwiastun” (sprzedany).


    Poza tym wykonałam także dwa projekty w srebrze. Pierwszy to pentakl z drzewem, zdobiony awenturynem umieszczonym na zawieszce, stworzony na zamówienie. Drugi natomiast to kolejne kolczykowe maleństwa, tym razem w postaci klasyki z perełkami – „Perłowe szepty”. Sztyfty to prawdziwe miniaturki – mają zaledwie 1 cm średnicy (sprzedane_.


    Uff, i to tyle, jeśli chodzi o projekty. Pochwalę się jeszcze tylko moją ostatnią mineralogiczną zdobyczą. Te kamienie poniżej to naturalne kamienie słoneczne, naprawdę dobrej jakości. Są po prostu przepiękne. Nie wiem jeszcze co z nimi zrobię, ale na razie po prostu je podziwiam – ich awenturyzacja (ten efekt kolorowych iskierek i błysków) jest po prostu niesamowita, i jak to z tego typu kamieniami bywa, zdjęcia nie oddają nawet ćwierci ich uroku. Kamień słoneczny inaczej nazywany jest skaleniem awenturynowym i w tej jakości oraz takim rozmiarze jest rzadki.


    No i jak zwykle wyszła notka gigant ;).
    Ach i w ramach zwyczajowego P.S. ;) w zeszłym tygodniu odbył się pierwszy „oficjalny” warsztat techniki Art Clay w moim domowym studio. Krótką relację i efekty można znaleźć tutaj. Poza tym, jeśli ktoś umie czytać bukwy (ja nie umiem, ale niech żyje google translator ;) ), to zapraszam do zaglądnięcia tutaj, gdzie nasi wschodni sąsiedzi napisali co nieco o mnie (ale przede wszystkim wrzucili mnóstwo obrazków). Najciekawsza jest dyskusja pod spodem ;).

    Po katastrofie warsztatowej powoli nadrabiam to, z czym jestem do tyłu. Zdecydowałam się jednak powtórzyć wszystkie projekty. Nie jestem pewna co się stało, a tak będę miała przynajmniej kilka błyskotek dla siebie ;).
    Tak więc dziś pierwszy projekt to skrzydlaty wisior wykonany na zamówienie Pani Agnieszki, który na swój uzytek nazwałam „Leć!” To dość złożona forma, ozdobiona przepięknym, naprawdę przepięknym, labradorytem o błękitnym ogniu. Wisior składa się z dwóch skrzydeł, umieszczonych na różnych poziomach, zdobionych piórami, tworzonymi każde z osobna, bez użycia jakichkolwiek form. Przez tył wisiora (również przestrzenny) przechodzi srebrny pałąk, po którym wisior swobodnie się porusza. Projekt inspirowany jest moją wcześniejszą pracą „Powietrze”.


    Poza tym w ramach odreagowania tego, że straciłam kilka dość złożonych projektów, postanowiłam ulec „modzie”, którą zapoczątkowała Iza Malczyk i Gosia Domańska i wykonałam kilka słodkich maleństw, przy czym wykończyłam na razie tylko dwie pary – „Leśne duszki” (sprzedane) i „Róż w różach”. Kolczyki są naprawdę maleńkie – ozdobne sztyfty w obu parach mają ok. 1,5 cm. Duszki zdobione są zielonymi turmalinami i oponkami oliwinów, a różane brioletami kwarcu różowego i drobnymi perełkami słodkowodnymi.


    A że tym razem w trakcie pracy słuchałam sobie szant (tak mnie jakoś naszło), więc w pewnym sensie przy okazji i na skutek klimatu ;) powstała morska bransoletka – „Nereida” (sprzedana)- zdobiona ręcznie wykonanymi medalionikami z motywami rodem z głębin i przeróżnymi naturalnymi perłami. Okrągłymi, nieregularnymi, stalowymi, niebieskimi, białymi… Taka posztormowa, urokliwa mieszanka :)

    Jakiś czas temu wykonałam też w ramach wymianki z Jagienkąą niewielką Potrójną Boginię ozdobioną bursztynem (która niestety nijak nie chciała ładnie wyjść na zdjęciach). W zamian otrzymałam cudowny komplet w fioletach i starym złocie, wykonany niesamowitą techniką haftu koralikowego. Naprawdę jestem zachwycona :).

    I to tyle na dziś – czas nadrabiać kolejne zamówienia :).

    Właśnie walczę z chemicznym kataklizmem, który wywołałam całkiem niechcący. Niestety ofiarami kataklizmu padło 7, słownie SIEDEM projektów, bo zachciało mi się hurtowego wypalania w piecu… AAAAAAAAA!!! Po wypaleniu tych 7 srebrnych projektów planowałam zająć się brązem, a że dostałam nowy węgiel, więc trzeba go było aktywować. Wstawiłam więc do pieca zamknięty pojemnik z węglem, a na niego położyłam tackę z projektami ze srebra. I stało się coś strasznego. Nie mam zielonego pojęcia co. Projekty wyglądają normalnie, ale przy próbach dolutowywania różnych elementów typu zawieszki, kółeczka itd. lut w nie wsiąka. Jak woda w papier. Tak hop, hyc i go nie ma. Próbowałam wypolerować powierzchnię przed lutowaniem, ale niewiele to dało. Potem tknęło mnie żeby sprawdzić co się stanie jak spróbuję te projekty oksydować i tu kolejna niespodzianka. Projekt tak jakby „dymi” na czarno w oksydzie i wygląda na zoksydowany, ale oksydę usuwa… woda. Nie mam zielonego pojęcia co zrobiłam, ale wykluczyłam już wszystkie inne opcje poza tą interakcją z węglem (kwasowanym węglem kamiennym). Jestem maksymalnie wściekła, ale też zaciekawiona, więc eksperymentuję. Na razie widzę, że każde kolejne oksydowanie sprawia, że projekt coraz mniej „dymi” i oksyda na coraz większej powierzchni jest trwała. Próbowałam też powtórnie wypalać projekty, ale to nie zmieniło sytuacji bardziej niż powtórne oksydowania. Zaraz będę sprawdzać czy normalne chwytanie oksydy (oczywiście po odczyszczeniu) oznacza normalne lutowanie. Jeśli ktoś z moich szanownych Czytelników jest chemikiem i ma pomysł co ja właściwie zrobiłam to każda wskazówka będzie cenna. Co prawda w sumie głównie dla zaspokojenia mojego pędu poznawczego, bo już po fakcie, ale to zawsze coś ;)
    Zawsze byłam z siebie dumna, że właściwie nigdy nie marnuję materiału, a tu proszę. Raz, ale porządnie ;).

    P.S. Przed chwilą dla dopełnienia obrazu zniszczenia wylałam na swój warsztat opakowanie lutówki… Ogarnęła mnie już totalna rozpacz, ale całe szczęście na miejscu był mój mężczyzna, który pocieszył mnie mówiąc, że dobrze, że nie pracuję w tartaku, bo zamiast wylać lutówkę, pewnie ucięłabym sobie rękę… Nie ma jak męski punkt widzenia ;). Teraz mój warsztat moczy się w wodzie, a biurko szorowane jest wodą i mydłem… Chyba muszę iść spać.

    Już dawno nie odpisywałam na tyle maili co od momentu otwarcia strony
    http://drakonaria.com
    :). Jest mi bardzo miło, że mój pierwszy tutorial cieszy się takim zainteresowaniem :). Zaskoczył mnie też stopień zainteresowanie kursami. Tak więc ogólnie bardzo pozytywnie :).
    A teraz kilka nowości. Po pierwsze mój dzisiejszy twór (który znowu kończyłam w nocy i znowu wiertarką ;) ) „Narodziny fioletu”(sprzedany). To ciekawy wisior, który różni się dość mocno od moich dotychczasowych prac. Miałam straszną frajdę robiąc go, bo mogłam przy okazji poeksperymentować z ażurową, przestrzenną formą złożoną z plątaniny organicznych elementów. Powoli zaczyna do mnie docierać, że dobrze zrobione ażury są naprawdę mocne, co sprawia, że głowa puchnie mi od pomysłów ;). Z wnętrza wisiora wychyla się przepiękna, naprawdę ogromna łza fasetowanego ametystu. Jest po prostu zjawiskowa i całość wygląda w rzeczywitości o wiele lepiej niż na zdjęciach. Więcej zdjęć na mojej stronie.

    Poza tym trzecie serduszko, tym razem łączące technikę AC z wire wrappingiem. Nazwałam je po prostu „Kocham” i wisiorek aktualnie znajduje się w drodze do Czech, do romantycznego mężczyzny, który zapewne podaruje go swojej wybrance :). „Kocham” to srebro plus fasetowane granaty. Może i serduszko jest dość oklepanym wzorem, ale jestem z tego wisiorka bardzo zadowolona :).

    Na koniec dwa zamówienia. Po perwsze naszyjnik do kompletu do kolczyków „Radość serca lasu” z oliwinami, oraz zmodyfikowana powtórka, z kiedyś przeze mnie zrobionych „wykopaliskowych” lunulek, z nefrytami i bursztynami.

    No, to tyle na dziś. A teraz wracam również do zamówienia – skrzydlatego wisiora, z przecudnym labradorytem, dla Pani Agnieszki :).

    Dziś mam dla moich Czytelników zapowiadaną wcześniej niespodziankę. Wreszcie ruszyła galeria mojej biżuterii – moje naprawdę własne miejsce w sieci. Zapraszam serdecznie do odwiedzenia strony:

    http://drakonaria.com

    Przygotowałam na niej wiele ciekawych materiałów, a także dwie dodatkowe niespodzianki, o których piszę w pierwszej notce galeryjnego bloga. Wkrótce w planach także wersja anglojęzyczna. Życzę miłego oglądania i lektury :).


    • RSS