drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    „Jakiż to chłopiec piękny i młody?
    Jaka to obok dziewica?
    Brzegami sinej Świtezi wody
    Idą przy świetle księżyca.

    Ona mu z kosza daje maliny,
    A on jej kwiatki do wianka;
    Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,
    Pewnie to jego kochanka.

    Każdą noc prawie, o jednej porze,
    Pod tym się widzą modrzewiem.
    Młody jest strzelcem w tutejszym borze,
    Kto jest dziewczyna? – ja nie wiem.
    (…)”



    Ostatnio odkrywam, że naprawdę bardzo lubię polski romantyzm. Te kolczyki to kolejna po „Lilijach” ilustracja do ballady Mickiewicza, tyle, że tym razem „Świtezianki” (sprzedane). Ciemna oksyda, błysk jaśniejszego srebra, zarośla nad brzegiem jeziora,
    na tle nocnego nieba, tajemnicze refleksy labradorytów, wodne barwy
    drobnych oponek apatytu – tak sobie wyobrażam scenerię, w której
    niewierny myśliwy spotyka tajemniczą nimfę.
    Teraz mam na warsztacie „Balladynę” – tak żeby dać szansę innym wieszczom ;). A tak naprawdę, to „Balladyna” zawsze była dla mnie przepięknym, magicznym utworem. Moja interpretacja będzie obfita w krwiste granaty, czerń i maliny. Cudownie mi się tworzy teraz, kiedy dni są coraz krótsze i atmosfera bardziej sprzyja paleniu pachnących świec. „Balladyna” powstanie wśród zapachu jeżyn i tymianku.

    W tej notce króluje forma, którą wykonuję najrzadziej, a mianowicie pierścionek :). Robię je rzadko, głównie ze względu na to, że problematyczne jest wciąż dla mnie trafianie w odpowiedni rozmiar, ale wprawiam się powoli.
    Pierwszy pierścionek to obrączka „Silvestris” z leśno-dębowymi motywami i zmiennym rozmiarem (sprzedany). Obrączka jest otwarta z tyłu i delikatnie da się regulować jej średnicę. Ogólnie wyszła 14, ale może być z niej i 13 i 15. Ozdobiłam ją naturalnymi diopsydami chromowymi i 22 karatowym złotem (obwódka jednej oprawy kamienia). Od dłuższego czasu marzyłam żeby zrobić taką obrączkę, całą pokrytą leśnymi ornamentami, no i jest :).

    Drugi pierścionek to brat nie-bliźniak ;) wcześniejszego „Zapachu malin”, wykonany na zamówienie. Udało mi się trafić w rozmiar – jestem z tego naprawdę zadowolona :). Obrączka ozdobiona jest rubinami i diopsydem chromowym. Bardzo polubiłam ten malinowy motyw.
    I dla odmiany na koniec wisiorek – wykonany na zamówienie Darka. Ognisty pentakl z czarnym szafirem gwiaździstym. Światło zdecydowanie nie dopisało, więc nie widać gwiazdki w szafirze, ale ona tam jest i w mocnym świetle pięknie połyskuje. Chciałam żeby jego wykończenie było bardziej „męskie”, mniej błyszczące, bardziej surowe, ciemniejsze.
    Tym sposobem ruszyłam z zaległymi zamówieniami i powoli nabieram rozpędu przed okresem przedświątecznym :).


    No i oczywiście przypominam się moim Czytelnikom z konkursem Klejnot Polskiej Biżuterii, który na prośbę głosujących został przedłużony do 13 listopada :).

    A tak na koniec, chciałam zachęcić do odwiedzin strony mojej serdecznej koleżanki Kasi vel Meadow, która od pewnego czasu również wykonuje biżuterię. Meadow, podobnie jak ja szuka inspiracji w Naturze, ale interpretuje ją zupełnie inaczej i przy pomocy zupełnie innych materiałów. Meadow wykonuje biżuterię z prawdziwych suszonych ziół zatapianych w naturalnej glince. Jej biżuteria jest urocza, delikatna i bardzo twarzowa. Kasia kocha zioła jak nikt inny i potrafi spędzić na łące długie godziny szukając odpowiednich roślin. Sama ostrzę sobie ząbki na jej prace :). Tak więc zapraszam serdecznie na
    http://www.meadowart.eu

    Avalon

    10 komentarzy

    Podrzucam na dobranoc ;) mój dzisiejszy wisior. Z jednej strony  jego forma jest częściowo inspirowana innym wisiorem, który
    kiedyś zrobiłam (Ziemią), ale z drugiej jednak, ma swój całkowicie unikalny charakter. Nazwałam go „Avalon” (sprzedany) i jak się
    łatwo domyślić nawiązuje do legend arturiańskich. To miała być  w pewnym sensie brama prowadząca do tej tajemniczej wyspy, okolona przez dąb i jabłoń, z mieczem, którego chyba nie trzeba przedstawiać ;) i cudnym labradorytem, który (musicie mi uwierzyć na słowo, bo nie widac tego na zdjęciach) wygląda jak tafla jeziora otaczającego mityczną wyspę, przesłonięta czarnymi kreskami sitowia… :). Tak mnie czasami ponosi wyobraźnia ;).


    Ten wisior rozpoczyna mini kolekcję „Legendarne krainy”. Wkrótce (znając siebie „wkrótce” może oznaczać bardzo wiele) powstanie też Lavondyss (z
    książki Roberta Holdstocka), Lorien (oczywiście z „Władcy pierścieni”, choć od Lorien wolę nazwę Laurelindorenan), Ziemiomorze (Le Guin), Uberwald ze Świata Dysku i Tel’aran’rhiod
    - świat wilczych snów z „Koła czasu” Roberta Jordana. Każdy wisior będzie ozdobiony innym labradorytem. Akurat weszłam w posiadanie pięknej kolekcji tych kamieni i w każdym z nich odnalazłam inną legendarną lokalizację :). Uwielbiam labradoryty, wręcz szaleńczo.
    No i przypominam cichutko o moim udziale w konkursie ;).

    100 lat minęło odkąd ostatnio pisałam. Poskładało mi się troszkę różnych wydarzeń i biżuteria musiała na chwilę pójść w kąt, ale wracam i zabieram się znowu do pracy i zabawy :).
    Na początek chciałabym zachęcić drogich Czytelników :) do wzięcia udziału w głosowaniu w konkursie Klejnot Polskiej Biżuterii. Bierze w nim udział moja praca, zgłoszona pod nazwą „Elaine” (sprzedany). Można ją odnaleźć tutaj, wśród wielu innych prac zgłoszonych do konkursu (umiejscowienie prac na stronach się zmienia). Co prawda szczęka mi opadła i trochę łyso mi się zrobiło jak oglądnęłam te wszystkie genialne prace, ale zawsze jest to okazja, żeby gdzieś się pokazać :). „Elaine” to wisior inspirowany jednym z utworów Tennysona, nawiązującym do legend arturiańskich, a konkretnie do sceny, w której bracia Elaine – Torre i Lavaine żegnają ciało siostry, złożone w łodzi (brzmi może nieco depresyjnie ;), ale to naprawdę cudownie napisana scena). „Elaine” wykonana jest ze srebra pr. 999, złota 22 K i pięknego polskiego chryzoprazu ze Szklar, wyszlifowanego specjalnie do tego projektu przez Piotrka. Na prace można głosować codziennie.

    Przy okazji przekonałam się, że robienie zdjęć na białym tle (wymaganym do konkursu) to jakiś koszmar.
    Podrzucam też dwa inne projekty – pierwszą (chronologicznie, bo „Elaine” była późniejsza) próbę ze złotem, w elfiej stylistyce – Arquen (sprzedane) ze złoconej kolekcji Quenya (a dokładniej pierwszy jej egzemplarz). Arquen w Quenyi to „szlachetny”. Kolczyki to srebro, 22 karatowe złoto, emalia i cudne briolety naturalnego lapisu. Drugie kolczyki to taka wprawka – Dzika księżniczka (sprzedane) z bursztynami i elementami wrapowanymi. Surowe, lekko chropowate, po oksydowaniu jedynie satynowane, bez polerowania.

    No i nie mogę nie napisać kilku słów o targach Złoto Srebro Czas, na których miałam przyjemność być w roli debiutantki :). Było bardzo sympatycznie, poznałam osobiście kilka przemiłych osób, w tym Monikę „Pearl” i Madzię Marszalik (byłam pod ogromnym wrażeniem ich wrapowanych prac), z którymi spędziłam najwięcej czasu, ale także Agnieszkę ze Składu Sznurowadeł, tworzącą w tej samej technice co ja, ale jakże zupełnie inne prace, przemiłego pana Jacka, który na czas targów wziął nas w opiekę i wiele, wiele innych osób. Poza tym powaliła mnie różnorodność biżuterii prezentowanej na targach, niesamowita mnogość materiałów i sposobów rozumienia piękna a także tego czym jest biżuteria w ogóle. Przyznam, że mam wrażenie jakby nieco poszerzył się świat mojej estetyki po tym wyjeździe. To niewątpliwie pozytywne, no i mam nadzieję, że kiedy przetrawię wrażenia, coś się z nich urodzi. Tak więc ten wypad do Wawy uważam za bardzo udany :).

    Aaaaaa, i zapomniałam pochwalić się, że przyznano mi bezzwrotną dotację unijną na firmę i dodatkowo tzw. wsparcie pomostowe :) JUPI!! :) Kupię sobie mnóstwo potrzebnych mi rzeczy, w tym wypasioną lustrzankę oczywiście z obiektywem do makro, wreszcie piec, laptop z porządną, dużą matrycą (mój to istne maleństwo i do obróbki zdjęć mało poręczny, poza tym warczy – naprawdę), kupę materiałów i wiele, wiele innych :).

    A oto i komplet, o którym pisałam w poprzedniej notce – Athelas – lecznicza roślina ze świata Śródziemia, której napar odświeża umysł, a w rękach króla leczy najcięższe rany. Te kamienie to dwukolorowe kwarce (naprawdę piękne, na żywca dużo bardziej efektowne), które skojarzyły mi się z takim właśnie leczniczym ziołowym naparem, a przyjechały do mnie z Wielkiej Brytani, wskazane przez osobę, dla której wykonany został ten komplet. Dodatkowo delikatnie podkolorowałam jeden mały element wzoru emalią (widać to chyba najbardziej na drugim zdjęciu). Podobają mi się ostatnio takie drobne akcenty emaliowane. Mam nadzieję, że komplet spodoba się jego przyszłej właścicielce. Ja, przyznam bez bicia, zakochałam się w nim :).
    Drugi wytwór to naszyjnik, słodki ze szczyptą mroku, wykonany ze srebra, naturalnych rubinów i czarnych turmalinów. Mocno oksydowany, i dość lekko przetarty, żeby tą grafitową czernią złagodzić kwiatową słodycz. Nazwałam go Ruby Fairy :). Na razie niedostępny nigdzie, bo muszę mieć troszkę biżuterii do pokazania na te debiuty do Wawy w przyszłym tygodniu. Mogę przyjąć rezerwację – w tym celu proszę pisać na maila (EDIT: już sprzedany). I to tyle. A za godzinę wyjeżdżam na festiwal Ars Paganum do dolinek krakowskich – ukreatywniać się na wszelkie możliwe sposoby i świetnie bawić :).

    Dziś kilka drobnych form. Ostatnie kilka tygodni wypełnione było głównie martwieniem się o zdrowie bliskiej mi, maleńkiej, zaledwie kilkunastodniowej osóbki, a nie twórczością, ale wszystko jest już w porządku i Maleńka wyszła ze szpitala po operacji serduszka i różnych innych perypetiach. Zabrałam się więc, już ze spokojną głową, za kilka większych zamówień, a w tak zwanym międzyczasie stworzyłam kilka mniejszych projektów.
    Pierwszy z nich to dębowe kolczyki – Quercus (sprzedane), co do których ciągle mam wrażenie, że zdjęcia ujmują im przynajmniej połowę uroku… Nie wiem co z tymi fotkami jest nie tak, ale kolczyki na żywo są o wiele piękniejsze. Kamienie w nich to moje zdobycze z Etsy – pomarańczowo – brązowe spessartyny (odmiana granatu) i butelkowo zielone turmaliny – pięknie gra w nich światło, a na zdjęciach oczywiście tego nie widać (najbardziej chyba na tym w słońcu). Nabyłam po sznurze jednych i drugich i mam wobec nich mnóstwo niecnych planów :). Drugi projekt to niewielki gabarytowo komplet Irish Dance z zielonymi onyksami i delikatnym podkolorowaniem emalią (sprzedany). Chciałam żeby wyglądały nieco wykopaliskowo, stąd ta ciemna oksyda. No i przekonałam się do takiej zieleni, zwłaszcza, że jest (o dziwo, bo kojarzy się przecież typowo z wiosną) mega modna tej jesieni ;). No i trzeci projekt – Esencja  (sprzedany)- to również zielone onyksy plus częściowo emaliowany, przestrzenny medalionik o średnicy zaledwie 2 cm.Taki wdzięczny, nieduży, ale efektowny dodatek.


    Teraz, mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wykonać komplet  Athelas z elfiej kolekcji, z pięknymi, dwukolorowymi kwarcami i skończę dwa pierścionki, perłowy naszyjnik, ognisty pentakl… – czyli zaległe zamówienia. No i muszę zrobić kilka okazałych, „wypasionych” projektów, bo na początku października będę brała udział w tzw. „Debiutach” w ramach warszawskich targów „Złoto Srebro Czas” – tak więc jak ktoś miałby ochotę zobaczyć moją biżuterię na żywo (oraz mnie ;) ) to zapraszam na stoisko debiutantów w dzień otwarty dla publiczności, czyli niedzielę 4 października (informacje na stronie targów). A w tą sobotę, w ramach festiwalu Ars Paganum będę miała pierwszy publiczny pokaz techniki, której używam do wyrobu swojej biżuterii :). Ogólnie same atrakcje ;).

    Dziś mam dla szanownych Czytaczy ;) kolczyki, które są efektem mojej kolejnej walki z łączeniem AC z wire wrappingiem. Tym razem wyszłam poza samo oplatanie drucika, choć może niedaleko, ale jednak :). Kolczyki nazwałam „Lilije” (sprzedane), a to dlatego, że inspiracją do ich powstania była ballada Adama Mickiewicza o tym samym tytule pochodząca z tomu „Ballady i romanse”. Uwielbiam ten wiersz :)

    Zbrodnia to niesłychana,
     Pani zabija pana;
     Zabiwszy grzebie w gaju,
     Na łączce przy ruczaju,
     Grób liliją zasiewa,
     Zasiewając tak śpiewa:
     „Rośnij kwiecie wysoko,
     Jak pan leży głęboko;
     Jak pan leży głęboko,
     Tak ty rośnij wysoko.”


    I tak dalej i tak dalej. Z tego co pamiętam to skrzywdzono „Lilije”
    „przerabianiem” ich na języku polskim. Dla mnie piękności :). I kolczyki też ;P. Jestem z nich bardzo dumna.

     Chciałam w tych kolczykach uchwycić ten romantyzm, lekki mrok i niesamowity wdzięk tej ballady. Materiały to srebro pr. 999 i 925 plus cudne iolity (nazywane też szafirami wodnymi) i kamienie księżycowe.Iolity wyróżniają się zmiennością barwy, nazywaną pleochroizmem.
    Kamienie w zależności od kąta patrzenia na nie i padania światła wydają
    się bądź to fioletowo-niebieskie, bądź też szaro-przejrzyste. Te
    które wydają się na zdjęciach szare w innym ułożeniu są
    fioletowo-niebieskie i odwrotnie. Zakochałam się w nich. Całe szczęście mam ich jeszcze trochę :).
    Poza tym udało mi się zlutować coś co wydawało się nie do zlutowania. Otóż zrobiłam kolejny wisior z kolekcji Sindarin – tym razem Ninniach – tęcza (sprzedany), z dużym labradorytem. Sam wisior też był w gruncie rzeczy bardzo duży (razem z zawieszką 9,7 cm), no i okazało się, że moim małym palniczkiem nie jestem w stanie rozgrzać go na tyle, żeby lut chciał chwycić. Za duża powierzchnia, za duża strata ciepła, no i już myślałam, że będzie musiał poczekać aż kupię piec, ale w końcu mnie oświeciło i zlutowałam go podgrzewając wisior na kuchence i jednocześnie manipulując palnikiem od góry.
    No a trzecia rzecz, to wreszcie znowu wzięłam się za zamówienia i wykonałam wariację na temat kiedyś zrobionego wisiora „Ziemia”, na zamówienie dla Pani Ani, ale na razie nie cyknęłam jeszcze zdjęć efektu końcowego – tak więc na zdjęciu jest bez łańcuszka. Udało mi się osiągnąć wrażenie ogólnego podobieństwa przy dużej ilości różnic, a to wcale nie takie proste, znaleźć kompromis między nie powtarzaniem samej siebie, a uzyskaniem satysfakcjonującego podobieństwa. Trochę inny jest kształt, brak materiału we wnętrzu, oczywiście elementy roślinne, kształt i wielkość kamienia, proporcje, tył itd. itp. ale ogólnie to również „Ziemia” :). A ta łezka labradorytu pochodzi z moich ostatnich zakupów na Etsy – mam ich cały sznur, są duże, z niesamowitą labradoryzacją i mogę patrzeć na nie godzinami…

    Tak na rozgrzewkę po urlopie postanowiłam zrobić coś, co plątało mi się po głowie od dawna a mianowicie wisior dwustronny. Padło na stylistykę kolekcji Sindarin – jakoś wydała mi się idealna do projektu, który urodził mi się w głowie. Aderthad czyli (różnie tłumaczone) zjednoczenie, spotkanie itd. to pudełeczkowy (zamknięty na trwałe) wisior, który z jednej strony ozdobiony jest białą perłą, a z drugiej czarną z brązowym i fioletowym overtonem. Takie zestawienie kolorów, formy i nazwy daje szerokie pole do interpretacji. Dla mnie to przede wszystkim unia pozostających w dynamicznej równowadze przeciwieństw.
    Wisior dostępny w Trendymanii.

    Pourlopowałam się prawie cały miesiąc w gruncie rzeczy i muszę przyznać, że czuję się z tym cudownie :). Pobiegałam sobie po różnych górkach (głównie Beskid Śląski i Żywiecki), pojeździłam po Saksonii i Brandenburgii, troszkę po bardziej nizinnych okolicach małopolski. Nałapałam całe garście inspiracji, kilka pomysłów na całkiem nowe kolekcje, mnóstwo na pojedyncze twory, a jeszcze więcej na motywy, klimaty, detale… Zarysowałam swój zeszyt z projektami właściwie do końca. Czas założyć następny. Tak więc już wkrótce nowości. Mam nadzieję, że mnóstwo nowości :). Choć już dawno zauważyłam, że jestem typem, który kocha tworzyć nowe pomysły tonami, wymyślać sposoby ich realizacji, bawić się nimi w głowie, ale czasem ciężko, oj ciężko mi jest usiąść, żeby przekuć je w materię ;). No ale nic – trzeba nad sobą pracować ;).

    I kolejny komplet z kolekcji Sindarin – Elvellon  co oznacza „przyjaciel elfów”. Tym razem dodałam elemety wire wrappingu, choć to trochę za dużo powiedziane ;) Pozostańmy przy tym, że w komplecie znajduje się motyw lutowanych, owiniętych srebrnym drucikiem liści. Zielone kamienie to oliwiny. Zdjęcia trochę skrzywdziły ten komplet, bo na żywo wygląda dużo ładniej, ale i tak już znalazł swoją właścicielkę, tak więc nie będę załamywać rąk. Inna sprawa, że coraz bardziej czuję potrzebę zakupu nowego sprzętu fotograficznego. Jakaś fajna lustrzanka by się przydała z dobrym obiektywem do makro, ale z tym zaczekam do rozstrzygnięcia unijnego projektu, bo kto wie, może nie będę musiała wykładać na to swoich zasobów.

    Poza tym po raz pierwszy zrobiłam zakupy w takim szkockim sklepie i nabyłam naprawdę niesamowite briolety takiego jakby dymionego kwarcu limonkowego (do elfiego kompletu dla Reverie, który będzie nosił wdzięczną nazwę Athelas (królewskie ziele) i już układa mi się w głowie jak będzie wyglądał) i przy okazji dwie, po prostu olśniewające, duże briolety lapis lazuli. Takiej jakości naturalnego lapisu nigdy jeszcze nie widziałam na żywo i przyznam szczerze, że zastanawiam się czy nie zrobić czegoś z nimi dla siebie. Do tego, już w Polsce, upolowałam piękne szafiry gwiaździste (już widzę z nimi komplet Gilgalad (światło gwiazd) i wisior Elenath (wszystkie gwiazdy widoczne na niebie)), wielki, obłędny prazjolit, ciekawe fasetowane prehnity i ładny kwarc dymny w takim okrągłym szlifie fantazyjnym. Ten wyląduje w wisiorze Mornedhel (Mroczny elf) i planuję, że będzie to moja pierwsza oprawa dużego kamienia w łapki. Będę się tymi kamiennymi cudami sukcesywnie chwalić kiedy pojawią się w nowych projektach :).
    Ach i na koniec jeszcze jedno – cztery Żywioły wreszcie razem :)


    • RSS