drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: broszki

    Dziś będzie naprawdę długa notka, tak więc tych, którzy właśnie przeczytali jej początek uprasza się o uzbrojenie się w cierpliwość ;). Obiecuję jednak, że będzie ciekawa :).
    Pokazałam ostatnio kilka prac z patynowaną miedzią i wspominałam, że z dojściem do efektu ładnej patyny miałam spore przygody. Pierwszą pracą, którą usiłowałam spatynować była broszka „Łowicz 3010″ (sprzedana), stanowiąca taką moją zabawę popularnymi w tym roku motywami folkowymi. Podeszłam do sprawy metodycznie – znalazłam w sieci kilka przepisów na patynę i zaopatrzyłam się w odpowiednie surowce. I tym oto sposobem broszka, po „ziszczeniu” się ze szkicu w metal (brąz i miedź), po raz pierwszy zawisła w szczelnie zakręconym słoju wypełnionym nieziemsko śmierdzącą chemią (całe szczęście niespecjalnie szkodliwą).

    I wszystko wyglądało dość ciekawie, póki nie wyjęłam broszki ze słoja po kilku dniach, a ona okazała się być obrośnięta cudnie kobaltowymi kryształkami. Efekt bardzo ładny, ale nie taki o jaki chodziło. Poza tym kryształki okazały się być rozpuszczalne w wodzie. Tak więc pudło. Zmieniłam recepturę – tym razem spróbowałam eksperymentu ze szkoły podstawowej – kreda z octem :). I znowu pojawiły się kryształki, tym razem w pięknym morskim kolorze, niestety również rozpuszczalne w wodzie i w dodatku strasznie śmierdzące.

    Dopiero po wielu eksperymentach udało mi się uzyskać ładny, trwały efekt w kolorze kobaltowym, a na samym końcu wreszcie patynę w typowym morsko-niebieskim kolorze – taką, o jaką chodziło mi od samego początku :). I tym oto sposobem powstała folkowo – archeologiczna, eksperymentalna brosza :).

    Poza tym spotkałam się dziś z moją stałą, przemiłą Klientką :) i razem z dwoma parami elfich kolczyków zawiozłam jej labradorytowy wisior „Uroczysko” (właśnie przed chwilą wymyśliłam mu nazwę ;) ). Miałam zrobić zawieszkę do tego konkretnego kamienia i tak to właśnie wyszło. Zależało mi na tym, żeby zawieszka nie próbowała przyćmić tego przepięknego labradorytu, ale jednocześnie podkreślała jego piękno.

    Poza tym kilka dni temu wykonałam także na zamówienie kolczyki „Noc w lesie II” luźno bazujące, na moim wcześniejszym wzorze. Tym razem podstawowym materiałem był brąz, przybrany pięknymi turmalinami w różnych ciepłych odcieniach oraz oliwinami.

    I na koniec jeszcze dwie pary kolczyków z brązowo-srebrnej kolekcji Aes brundusinum. „Lniane” i „Koła czasu”. Pierwsze zdobione kamieniem słonecznym i cytrynem, drugie turkusami. Dziś skończyłam kilka kolejnych par w tych klimatach, ale na razie nie zdążyłam ich obfocić. I jeszcze sprzedany już, bardzo letni naszyjnik „Łąka w brązie” :). Uwielbiam taki oksydowany na tęczowo brąz.



    I na dziś to by było tyle :).

    Trochę będzie dziś pokazywania, ale to głównie przez ostatnią część tytułu ;).
    Po pierwsze to zrobiłam interpretację kolejnego słowa ze stworzonego przez Tolkiena języka elfów szarych. Tym razem to Lalaith – Śmiech. Szczery, radosny, nieskrępowany śmiech zawsze wyobrażałam sobie (w sensie wizualnym) jako jakieś radosne, żółte ogniki, iskierki, które ciągnąc za sobą ogony słonecznego światła, splatają się biegnąc gdzieś w niebo. Hmmm, po przeczytaniu tego ostatniego zdania stwierdzam, że zdecydowanie jestem dziwna ;D. Ale mniejsza z tym ;).  Tak się właśnie zastanawiałam jak by te swoje wyobrażenia przetłumaczyć na język splatających się ornamentów i wyszło tak:

    Kamienie to żółte szafiry. Już w kilku projektach używałam takich – uwielbiam ich kolor. Kolczyki są sprzedane.
    Drugi dzisiejszy projekt to taka mała alegoria – naszyjnik ze srebra i turkusów, który nazwałam „Razem i osobno” (sprzedany). Wiele różnych rzeczy miałam na myśli, kiedy go robiłam, ale myślę, że każdy sam znajdzie w nim coś dla siebie:

    No i na finał ;) – zaliczyłam kurs tzw. Art Clay Level 1. Certyfikat musi być ;). W ramach kursu wykonałam 7 projektów, ściśle opisanych krok po kroku przez Japończyków. Każdy projekt wymagał użycia konkretnych technik, w bardzo konkretnej formie. Tak więc teoretycznie mało kreatywnie, bo forma była w dużej mierze z góry wymuszona, ale zrobiłam wszystko, żeby te projekty były „po mojemu”. Muszę przyznać, że przy okazji nauczyłam się kilku technicznych trików, które mogą mi się przydać w moich kolejnych biżuteryjnych wytworach.
    1)W lesie znalezione, z cyrkonią (na co dzień nie używam syntetycznych kamieni, ale tu projekt wymuszał) (sprzedana) 2) Zapach malin z rubinami i diopsydem chromowym – tu odjechałam od projektu na maksa, ale zakochałam się w tym pierścionku, no i rozmiar oczywiście wyszedł 11 ;D (sprzedany) 3) Perła w lianach – uważam, że wyszedł super :) (sprzedany) 4) Gniazdo Szeloby (jakoś nie lubię tej strzykawkowej techniki. Teoretycznie miały to być kolczyki w kształcie kulki ;) 5) taki „witrażowy” wisiorek z cyrkoniami (sprzedany). Pozostałych dwóch na razie nie obfociłam. Wszystko oczywiście zoksydowałam, mimo, że oksyda w oryginalnej instrukcji nie była przewidziana. Dla mnie oksyda  po prostu musi być, choć wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł, który ją wyklucza – ale to za jakiś czas.


    • RSS