drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: komplety

    Wiele razy wspominałam już, że nie przepadam z kryształami Swarovskiego, ale zima, karnawał itd. to właśnie ten okres w roku, kiedy zdarza mi się je wykorzystywać. Tym sposobem powstały dwie, dość proste formy ze „swarami”. I co? Najlepsze jest to, że przynajmniej jednymi (tymi w szlifie Helios) jestem całkowicie zauroczona ;). Piękny, ciekawy szlif i taaaak się błyszczą :).


    Do tego „Pani”, inspirowana tą grafiką, moje zabawy „futrzarskie” i swary w znanej już wersji śnieżynkowej :). I jeszcze romatyczny wisior z jaskółką, wykonany na zamówienie, z napisem wyrytym przez Klienta, całość wg jego projektu; folkowe, kolorowe kolczyki, także wykonane na zamówienie i mała wersja Laurelindorenan, ze złotym labradorytem.

    Dziś podrzucam zdjęcia dwóch projektów, które wykonałam niedawno. Pierwszy to wisiorek z opalem dendrytowym – „Krajobraz zimowy”, który zrobiłam na urodziny mojej mamy :). Kamień upolowałam dzień wcześniej u Piotrka, który szlifował dla mnie ostatnio kilka labradorytów. Wysypał przede mną woreczek tych opali, a ja oczywiście „zanurkowałam” i od razu znalazłam dwa, w których dostrzegłam piekne, zimowe krajobrazy :). Ten jest już oprawiony, a drugi, dużo mniejszy, czeka na oprawę. Możliwe, że powstanie z niego jakiś pierścionek albo coś w tym stylu.

    Druga rzecz na dziś to komplet „Storm Goddess” (sprzedany), który już dawno chodził mi po głowie. Właściwie to od momentu kiedy weszłam w posiadanie tego pięknego agatu blue lace, który po prostu narzuca myśli o morzu. Chciałam żeby całość miała klimat jak wburzone morze, morski „szpej” porozrzucany po brzegu przez fale, kojarzyła się z obrośniętymi różnościami starymi linami itd. Naszyjnik naprawdę pięknie prezentuje się na dekolcie, a kolczyki ładnie to uzupełniają :).


    Poza tym od kilku dni utonęłam na nowo w elfich klimatach (wszystko dzięki zamówieniu dla Rhiannon :) ), tak więc powstały cztery nowe wzory, które wkrótce sfinalizuję i tymi na pewno się pochwalę :). Mam też sporo nieobfoconych, drobnych projektów z brązu, ale jakoś pogoda nie zachęca mnie do zdjęć. Owszem, mam oświetlenie, ale jakoś, nie wiem. Jakoś lubię ładne światło dzienne.
    Ha, no i bawię się w małego chemika. Wciągnęło mnie to tak, że szkoda gadać ;). Mieszam amoniak z różnymi rzeczami, dolewam „tego i owego”, a jak wczoraj produkowałam dwutlenek węgla zalewając kredę octem to aż kwiczałam z radości ;D. Problem polega na tym, że na razie z moich eksperymentów mam więcej radości i smrodu niż efektów ;). No ale trzeba być twardym a nie miętkim ;). Być może brak efektów (chociaż powinnam napisać „właściwych efektów”, bo efekty mam i to bardzo ciekawe – będę pewnie o nich pisać jak wreszcie skończę to co robię – nawet wiem już jakie reakcje chemiczne wywołałam :D) wynika z tego, że do tej mojej chemii podchodzę jak do gotowania. Tzn. dochodzę zawsze do momentu kiedy wypowiadam magiczne słowa „co by tu jeszcze dodać” ;D, a wtedy wszyscy mają ochotę schować się pod stół ;). I to tyle na dziś.
    Ach, a co do tytułu – naprawdę to właśnie miałam w planie ;).

    Jak widać wróciłam, choć do tej pory ciężko mi przestawić się na tryb codziennego funkcjonowania. Jestem niesamowicie zachwycona Bałkanami i chyba tak trochę nietypowo, bo np. jeśli chodzi o Chorwację to najbardziej podobają mi się tam… góry :). Są przepiękne, zwłaszcza z bliska, takie dzikie i surowe. Wspaniale się po nich chodzi, choć jednak nieco niebezpiecznie, bo szlaków w gruncie rzeczy nie ma, no i zbudowane są z takiej bardzo mocno zerodowanej skały (przynajmniej te w okolicach Dubrownika), tak więc trzymanie się czegokolwiek często wiąże się z tym, że to coś zostaje w ręce, a trzymanie się roślin bywa jeszcze bardziej „zabawowe”, bo większość kłuje. Dreszczyk emocji był, ale w końcu o to przecież chodzi ;). No i węże. Tak, węże to w tych górach zdecydowana atrakcja ;). Tak czy inaczej jeszcze nigdy nie chodziłam po górach, z których widać morze. To naprawdę niezapomninane przeżycie. Oczywiście zobaczyliśmy „obowiązkowe” punkty programu takie jak Split, Trogir, Dubrovnik, Jeziora Plitvickie (tu też wow..), Krka, a poza Chorwacją Lubljana, jaskinia Postojna (! polecam każdemu), plus zahaczyliśmy o Bośnię i Hercegowinę, ale gór nic nie przebije. Poniżej kilka zdjęć:


    Ale – wracając do tematu biżuterii :) – ostatnio bynajmniej nie leniuchowałam. Po powrocie zrealizowałam trzy zamówienia i poświęciłam sie eksperymentom. Pierwsze zamówienie to komplet wykonany dla Pani Joanny, będący wariacją na temat „Leśnych duszków”, tym razem także z naszyjnikiem, całość bogato zdobiona ciemno zielonymi turmalinami, jasnymi oliwinami i pojedynczymi oponkami złotego pirytu. Zdjęcia słabe, bo uczę się właśnie obsługi nowego sprzętu fotograficznego i widzę, że dużo, oj dużo nauki przede mną. Drugie zamówienie to wisior wykonany dla Aife„Pentakl z piórem”, który wzbogacił pięknie moją galerię pentakli :), a trzecie to niewielki wisiorek zrobiony dla Kate, która zakupiła wcześniej ode mnie kolczyki „Aegishjalmur” do których to wisiorek miał pasować.



    Jeśli chodzi o eksperymety to zaczęłam łączyć brąz z miedzią. Moim pierwszym projektem, w którym połączyłam te metale jest „Odpocznij wiosennie” (sprzedane). Prawdę mówiąc jestem nawet nieco zaskoczona, że tak dobrze technicznie to wyszło. Marzyło mi się, żeby spatynować całość na niebiesko-zielono i potem ściągnąć patynę wybiórczo, ale póki co przeraża mnie chemia, którą trzeba do tego zastosować i w końcu zdecydowałam się na klasyczną oksydę. Co prawda znalazłam jeden bardziej przyjazny dla środowiska sposób patynowania, ale nie chce mi się wierzyć, żeby działał – cóż, sprawdzę wkrótce, przy kolejnym wypale brązu i miedzi. Pierwsze zdjęcie to „surowy” projekt, jeszcze nie wypalony, dwa pozostałe to już lity brąz i czysta miedź. Spełniło się moje marzenie o ażurach :). Na pewno będzie ich więcej.

    Poza tym przy okazji zrobiłam kilka mniejszych projektów, będących bądź to mieszanką miedzi i brązu, bądź też samym brązem. Poniżej dwa z nich – „Łąka w brązie” (sprzedane) (zachwyciły mnie te kolory i faktura, więc niedługo powstanie duuuży naszyjnik do kompletu) oraz „Liście w kolorze” (sprzedane), łączące w sobie brąz, miedź i oksydowane na grafitowo srebro (ogólnie wszystkie bigle i dodatki w brązowych projektach są srebrne, ze względu na wygodę użytkowania). Do tego, tym razem w srebrze, jeszcze jeden egzemplarz mojej mini serii „Kwiaty polskie”, tym razem „Folk na zielono” (sprzedane).


    I to tyle na dziś :). Właśnie odpisuję na ostatnią porcję zaległych maili, tak więc czekających na odpowiedzi proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości.

    Dziś niewiele. Po pierwsze chcę pokazać komplecik z kamieniami księżycowymi – „Moondance” (kolczyki są już sprzedane, został jezcze naszyjnik), który zrobiłam niedawno. To delikatne rozwinięcie i nowa interpretacja wzoru, który zaprojektowałam kiedyś dla kompletu „Irish dance”. Tym razem zdjęcia w postaci składanki – jestem dziś wyjątkowo leniwa ;).

    Kolczyki i naszyjnik dostępne w Trendymanii.

    A teraz ważniejsza rzecz.
    Pod tym adresem na allegro można nabyć niewielki komplecik z granatami i rubinami – „Zamkowy”, który jakiś czas temu przekazałam na aukcję charytatywną, która ma na celu pomóc Kubusiowi. Kubuś urodził się z niedorozwojem lewej komory serca i podczas jednej z operacji doszło do niedotlenienia mózgu, które spowodowało wiele innych, bardzo poważnych problemów zdrowotnych. Teraz potrzebuje pieniędzy na rehabilitację. Tak więc GORĄCO zachęcam do udziału, a także do przejrzenia innych przedmiotów wstawionych na aukcjach dla Kubusia, które pozwolą wesprzeć go kwotami o innej wysokości.

    Jako, że dziś mam do pokazania naprawdę sporo biżuterii, tak więc spróbuję powściągnąć tym razem swoje zapędy grafomańskie i zabrać się od razu do rzeczy ;).
    Po pierwsze mam za sobą pierwszy wypał brązu. Bez mrożących krew w żyłach przygód technicznych się nie obyło, ale tak czy siak powstało kilka eksperymentalnych projektów w stylu bądź to etno, bądź po prostu organicznym. Brąz zachwycił mnie swoją ciepłą barwą i możliwością nadawania mu różnych, pięknych rodzajów wykończeń. Na 100% będzie więcej, ale mam nadzieję, że bardziej kontrolowanie ;). Tak więc kolejno – „Aes brundusinum” (sprzedany), „Epoka brązu” (sprzedane), „Brązowa łąka” (sprzedane), „Znalezione w lesie” (w Pace), „Kołyski ery brązu” (w Trendy), „Leśnie i iglaście” (w Pace).




    Brąz w wytwarzaniu biżuterii używany był od tysięcy lat, a współcześnie chyba jakoś o nim zapomniano. A szkoda, bo to naprawdę przepiękny materiał.
    Druga spora partia projektów (już standardowo srebrnych) zainspirowana jest śniegiem, a właściwie jego brakiem… Nie mogę przeboleć tego, że za oknem ani śladu białości, a termometr wskazał wczoraj… 15 stopni. Makabra. Postanowiłam w związku z tym uwiecznić trochę śniegu w swojej biżuterii. Jest więc komplet „Królowa śniegu” (bansoletka sprzedana, kolczyki dostępne) z nowością techniczną w moim warsztacie, a mianowicie porcelanowym kaboszonem, na którym namalowałam czystym srebrem płatek śniegu; jest kolejna odsłona kryształowych śnieżynek (sprzedane), śnieżynki z kroplami kryształu górskiego (w ArsNeo) oraz nieco drapieżne „Śnieżynki na dziko” (sprzedane) :).


    Na koniec jeszcze zdjęcie mojego warsztaciku okadzanego miętowo-czekoladową świecą (zapach w sam raz do projektów śnieżynkowych :) ), któremu w prezencie przesileniowym sprawiłam nową, śliczną płytę pleksi :). Każdemu się należy ;).

    Dziś będzie gwiazdkowo. W sensie dużej ilości gwiazdek ;). Tych z nieba, tych śniegowych, a także tych runicznych. Wyszło w ten sposób zupełnie niechcący – zorientowałam się pisząc pierwsze słowa tej notki.

    Pierwsze gwiazdki pochodzą z kompletu „Gwiezdny pył” (sprzedany) inspirowanego cudną książką Niela Gaimana, której wysłuchałam ostatnio w postaci audiobooka. Kiedy zaczynałam go robić, myślałam o czymś zupełnie innym, ale słuchałam jednocześnie właśnie tej powieści i moje myśli, a potem ręce, zaczęły zbaczać w kierunku jej czarownego świata. I tak powstały te srebrne sploty ozdobione szafirami gwiaździstymi. Mniej tolkienowsko-elfie, bardziej baśniowe, takie jak mogłaby nosić Yvaine – upadła Wieczorna Gwiazda, prawdziwa miłość głównego bohatera książki :). Powieść jest przepiękna – z jednej strony urzekająco baśniowa, z drugiej zaskakująco ironiczna i pełna fantastycznego humoru. Oczywiście miałam problem z fotografowaniem, bo Kraków od kilku dni spowija szczelna mgła, która nie pozwoliła mi wydobyć z szafirów gwiazdek, ale widać je na zdjęciu w świetle latarki ;). Normalnie gwiazdki widoczne są w słońcu i różnego rodzaju sztucznym oświetleniu. Da się je też zobaczyć przy świecach. Komplet to naszyjnik plus kolczyki typu sztyfty.

    Kolejne gwiazdki to proste, ale urocze „Śnieżynki” (sprzedane). Zwykle nie używam żadnych kryształów typu swarovski itd. ale dla tych zrobiłam wyjątek. Oczarował mnie ich szlif w postaci naprawdę ślicznych płatków śniegu i postanowiłam dorobić do nich śnieżynkowe sztyfty. Jestem bardzo zadowolona z efektu, który na żywo jest tysiąc razy lepszy niż na zdjęciach – śnieżynki pięknie załamują światło. Mam jeszcze 2 pary tych kryształków i zamierzam je wkrótce zutylizować.

    Ostatnia „gwiazdka” to Aegishjalmur – tzw. tarcza algizowa, wykonana na zamówienie. To nordycki symbol ochronny, który wojownicy mieli nanosić na wnętrza swoich hełmów i czoła, co miało zabezpieczać ich w bitwie i czynić niepokonanymi. Wg niektórych teorii Aegishjalmur reprezentuje osobę go noszącą (centrum znaku) otoczoną przez runy Algiz tworzące krąg ochronny. To bardzo piękny symbol :). Zgodnie z prośbą wykonałam go w oszczędnej i surowej wersji mini.

    I to tyle gwiazdek na dziś :).

    A oto i komplet, o którym pisałam w poprzedniej notce – Athelas – lecznicza roślina ze świata Śródziemia, której napar odświeża umysł, a w rękach króla leczy najcięższe rany. Te kamienie to dwukolorowe kwarce (naprawdę piękne, na żywca dużo bardziej efektowne), które skojarzyły mi się z takim właśnie leczniczym ziołowym naparem, a przyjechały do mnie z Wielkiej Brytani, wskazane przez osobę, dla której wykonany został ten komplet. Dodatkowo delikatnie podkolorowałam jeden mały element wzoru emalią (widać to chyba najbardziej na drugim zdjęciu). Podobają mi się ostatnio takie drobne akcenty emaliowane. Mam nadzieję, że komplet spodoba się jego przyszłej właścicielce. Ja, przyznam bez bicia, zakochałam się w nim :).
    Drugi wytwór to naszyjnik, słodki ze szczyptą mroku, wykonany ze srebra, naturalnych rubinów i czarnych turmalinów. Mocno oksydowany, i dość lekko przetarty, żeby tą grafitową czernią złagodzić kwiatową słodycz. Nazwałam go Ruby Fairy :). Na razie niedostępny nigdzie, bo muszę mieć troszkę biżuterii do pokazania na te debiuty do Wawy w przyszłym tygodniu. Mogę przyjąć rezerwację – w tym celu proszę pisać na maila (EDIT: już sprzedany). I to tyle. A za godzinę wyjeżdżam na festiwal Ars Paganum do dolinek krakowskich – ukreatywniać się na wszelkie możliwe sposoby i świetnie bawić :).

    Dziś kilka drobnych form. Ostatnie kilka tygodni wypełnione było głównie martwieniem się o zdrowie bliskiej mi, maleńkiej, zaledwie kilkunastodniowej osóbki, a nie twórczością, ale wszystko jest już w porządku i Maleńka wyszła ze szpitala po operacji serduszka i różnych innych perypetiach. Zabrałam się więc, już ze spokojną głową, za kilka większych zamówień, a w tak zwanym międzyczasie stworzyłam kilka mniejszych projektów.
    Pierwszy z nich to dębowe kolczyki – Quercus (sprzedane), co do których ciągle mam wrażenie, że zdjęcia ujmują im przynajmniej połowę uroku… Nie wiem co z tymi fotkami jest nie tak, ale kolczyki na żywo są o wiele piękniejsze. Kamienie w nich to moje zdobycze z Etsy – pomarańczowo – brązowe spessartyny (odmiana granatu) i butelkowo zielone turmaliny – pięknie gra w nich światło, a na zdjęciach oczywiście tego nie widać (najbardziej chyba na tym w słońcu). Nabyłam po sznurze jednych i drugich i mam wobec nich mnóstwo niecnych planów :). Drugi projekt to niewielki gabarytowo komplet Irish Dance z zielonymi onyksami i delikatnym podkolorowaniem emalią (sprzedany). Chciałam żeby wyglądały nieco wykopaliskowo, stąd ta ciemna oksyda. No i przekonałam się do takiej zieleni, zwłaszcza, że jest (o dziwo, bo kojarzy się przecież typowo z wiosną) mega modna tej jesieni ;). No i trzeci projekt – Esencja  (sprzedany)- to również zielone onyksy plus częściowo emaliowany, przestrzenny medalionik o średnicy zaledwie 2 cm.Taki wdzięczny, nieduży, ale efektowny dodatek.


    Teraz, mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wykonać komplet  Athelas z elfiej kolekcji, z pięknymi, dwukolorowymi kwarcami i skończę dwa pierścionki, perłowy naszyjnik, ognisty pentakl… – czyli zaległe zamówienia. No i muszę zrobić kilka okazałych, „wypasionych” projektów, bo na początku października będę brała udział w tzw. „Debiutach” w ramach warszawskich targów „Złoto Srebro Czas” – tak więc jak ktoś miałby ochotę zobaczyć moją biżuterię na żywo (oraz mnie ;) ) to zapraszam na stoisko debiutantów w dzień otwarty dla publiczności, czyli niedzielę 4 października (informacje na stronie targów). A w tą sobotę, w ramach festiwalu Ars Paganum będę miała pierwszy publiczny pokaz techniki, której używam do wyrobu swojej biżuterii :). Ogólnie same atrakcje ;).

    I kolejny komplet z kolekcji Sindarin – Elvellon  co oznacza „przyjaciel elfów”. Tym razem dodałam elemety wire wrappingu, choć to trochę za dużo powiedziane ;) Pozostańmy przy tym, że w komplecie znajduje się motyw lutowanych, owiniętych srebrnym drucikiem liści. Zielone kamienie to oliwiny. Zdjęcia trochę skrzywdziły ten komplet, bo na żywo wygląda dużo ładniej, ale i tak już znalazł swoją właścicielkę, tak więc nie będę załamywać rąk. Inna sprawa, że coraz bardziej czuję potrzebę zakupu nowego sprzętu fotograficznego. Jakaś fajna lustrzanka by się przydała z dobrym obiektywem do makro, ale z tym zaczekam do rozstrzygnięcia unijnego projektu, bo kto wie, może nie będę musiała wykładać na to swoich zasobów.

    Poza tym po raz pierwszy zrobiłam zakupy w takim szkockim sklepie i nabyłam naprawdę niesamowite briolety takiego jakby dymionego kwarcu limonkowego (do elfiego kompletu dla Reverie, który będzie nosił wdzięczną nazwę Athelas (królewskie ziele) i już układa mi się w głowie jak będzie wyglądał) i przy okazji dwie, po prostu olśniewające, duże briolety lapis lazuli. Takiej jakości naturalnego lapisu nigdy jeszcze nie widziałam na żywo i przyznam szczerze, że zastanawiam się czy nie zrobić czegoś z nimi dla siebie. Do tego, już w Polsce, upolowałam piękne szafiry gwiaździste (już widzę z nimi komplet Gilgalad (światło gwiazd) i wisior Elenath (wszystkie gwiazdy widoczne na niebie)), wielki, obłędny prazjolit, ciekawe fasetowane prehnity i ładny kwarc dymny w takim okrągłym szlifie fantazyjnym. Ten wyląduje w wisiorze Mornedhel (Mroczny elf) i planuję, że będzie to moja pierwsza oprawa dużego kamienia w łapki. Będę się tymi kamiennymi cudami sukcesywnie chwalić kiedy pojawią się w nowych projektach :).
    Ach i na koniec jeszcze jedno – cztery Żywioły wreszcie razem :)

    Dziś kolejna porcja elfio-lingwistycznych inspiracji tolkienowskich :). Tak mnie naszło i projekt robił mi się za projektem. Tak więc po kolei:
    1) Wisior na zamówienie do kompletu do kolczyków Lalaith – Śmiech, z dużym, pięknym, żółtym szafirem. Lekko zmodyfikowany w stosunku do kolczyków.
    2)
    Wisior Ithildin – Metal Księżycowy. Ithildin był metalem, który stawał się widoczny tylko w świetle księżyca lub gwiazd. Z ithildinu właśnie wykonane były np. ornamenty przed wejściem do Morii, wśród których Gandalf odnalazł pamiętną wskazówkę „Powiedz przyjacielu i wejdź” :). Materiały to jak zwykle srebro, oraz cudny, mieniący się na niebiesko kaboszon kamienia księżycowego, który doszlifował dla mnie Piotrek. Wisior jest duuży – ma ok. 8 cm. Wygląda bardzo efektownie i powiedziałabym, że budzi respekt ;).


    3) Taki niewielki gabarytowo, ale niezwykle wdzięczny komplecik – Norui – Słoneczny. Kamienie w nim to śliczne briolety kwarcu rutylowego i oponki turmalinów w ciepłych kolorach. Jak, mam nadzieję, widać, komplet to kolczyki typu sztyfty i wisiorek.
    4) I ostatni na dziś – Luin – Niebieski – też komplet :). Ale tym razem wisiorek plus bransoletka z kaboszonami lapis lazuli. Bardzo spodobał mi się ten wzór. Kiedy projektuję te przeplatające się ornamenty, prawdę mówiąc nigdy nie wiem co wyjdzie na końcu ;D a ten wzór był akurat miłą niespodzianką, bo w pewnym momencie zastanawiałam się nawet, czy go nie zniszczyć.


    I to by było na tyle. Jutro wybywam do Warszawy odwiedzić najwspanialszych ludzi pod słońcem, a przy okazji kupić kilka nowych kolorów emalii, do projektów, które plączą mi się po głowie :).
    Wszystkie powyższe projekty dostępne są w Trendymanii. Znaczy się, były dostępne – przez chwilę ;).


    • RSS