drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: okolobizuteryjnie

    Ostatnio nie mam serca do bloga. Moje aktualne prace można jak zwykle oglądać na mojej stronie www.drakonaria.com i moim koncie facebookowym, ale dziś piszę w innej sprawie.
    Otóż jedna z moich prac, nieśmiertelnik, trafiła na aukcję dla małej, 3 letniej Melanii, chorującej na achondroplazję (karłowatość). Rodzina Melanii zbiera pieniądze na leczenie za granicą, dzięki któremu Melania będzie miała szansę urosnąć. Bez leczenia może mierzyć jedynie 124 cm. Każdy centymetr więcej to możliwa wyższa jakość życia :).

    Ja na aukcję dla Melanii przekazałam ten nieśmiertelnik:

    Pomyślałam, że taki optymistyczny będzie w sam raz :). Może ktoś z Was myślał o zakupie tego nieśmiertelnika u mnie – teraz może go mieć jednocześnie pomagając małej dziewczynce :). Tutaj można znaleźć inne aukcje dla Melanii – mnóstwo ręcznie stworzonych wspaniałości wielu utalentowanych osób :).

    Wreszcie udało mi się skończyć mój drugi tutorial :). Tym razem o wiele bardziej skomplikowany projekt – „Ukryta perła”. To przestrzenny, „pudełeczkowy” wisiorek, zdobiony roślinnymi ornamentami. Dla miłośników maleńkich kwiatków, listeczków i smukłych, trójwymiarowych form :). To tutorial przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy mieli już do czynienia z techniką metal clay, lub też niezwykle ambitnych początkujących. Wyszedł długi i bardzo szczegółowy, ale przy tego typu projekcie inaczej się nie dało. To w zasadzie taka mini książeczka z 74 zdjęciami na 28 stronach. Jestem z niego bardzo zadowolona i serdecznie zapraszam :).

    Dostępna wersja polska i angielska.
    A chcącym zacząć od prostszego projektu niezmiennie polecam tutorial „Zmrożone liście” :).

    Coś ostatnio kiepsko u mnie z regularnością notek, ale każda „biżuteryjka” wie – listopad i grudzień to zupełne szaleństwo bizuteryjno – zakupowe. Siedzę więc zaszyta w mojej prawie-że-pracowni i realizuję zamówienia i z rzadka jakieś inne projekty. Nie będę wklejać tu wszystkich moich ostatnich wytworów, bo zajęłoby to mnóstwo miejsca. Niektóre z nich można oglądać na mojej stronie:
    www.drakonaria.com
    Tymczasem zostawiam tu obrazkowe, optymistyczne, ogniste pozdrowienia ;) w postaci jednego z nieśmiertelników powstałych dzisiaj – na zdjęciu jeszcze w trakcie ognistych „narodzin” :).
    I zapraszam do zaglądania zarówno na moją stronę jak i do galerii Trendymania. Można tam znaleźć wiele ciekawych, przedświątecznych promocji moich prac.
    A teraz lecę :).

    Jak zwykle po urlopie ciężko wrócić mi do codziennych zajęć. Od powrotu z Hiszpanii (o inspiracjach, które stamtąd przywiozłam następnym razem :) ) nie leniuchowałam jednak tak totalnie. Miałam przyjemność wykonać całkowicie wyjątkowe zlecenie – diadem na całkowicie wyjątkowy ślub :). Tak naprawdę diadem stanowił zwieńczenie kompletu ślubnej biżuterii, który tworzyły kolczyki z tej notki i Potrójna Bogini z tej – wszystko zdobione kamieniami księżycowymi.
    Nigdy wcześniej nie robiłam ślubnej biżuterii i ucieszyło mnie niesamowicie, że mogłam zrobić coś naprawdę innego – z jasnymi kamieniami, ale w oksydzie i magiczno-romantycznym klimacie, który najbardziej lubię. Panna młoda wyglądała przepięknie, niczym wyjęta z jakiejś dawnej baśni, w białym płaszczu z kapturem, cudnie upiętymi włosami. Bajka :).  No, ale zamiast gadania kilka zdjęć ;):



    A jako że, jak to ładnie Morven ujęła ;), ja i panna młoda jesteśmy „siostrami po miotle” :), więc i ja tam byłam, miód i wino piłam (dosłownie jedno i drugie :)).  Wesele też było nietypowe, bo stylizowane na celtyckie. Świetna muzyka na żywo, rodem z Zielonej Wyspy, w wykonaniu The Reel Jigs, reprezentacja fantastycznego zespołu tańca irlandzkiego Galway, w którym tańczy panna młoda, prawdziwy dudziarz (wydawało mi się, że nie znoszę dud – teraz wiem, że to nieprawda :D Dudy mają SZMOC!), mnóstwo innych atrakcji, no i oczywiście wspaniali goście :). Zabawa była naprawdę przednia, muzyka aż rwała do tańca. A następnego dnia odbył się ślub religijny – w lesie, w ścisłym gronie przyjaciół.  Jak widać można inaczej :). Bez husteczki haftowanej, „Białego misia”, przechodzenia pod sznurkiem i „Jedzie pociąg z daleka” ;). Za to z pomysłem i pasją. Oby więcej takich ślubów i wesel!

    Dziś będzie naprawdę długa notka, tak więc tych, którzy właśnie przeczytali jej początek uprasza się o uzbrojenie się w cierpliwość ;). Obiecuję jednak, że będzie ciekawa :).
    Pokazałam ostatnio kilka prac z patynowaną miedzią i wspominałam, że z dojściem do efektu ładnej patyny miałam spore przygody. Pierwszą pracą, którą usiłowałam spatynować była broszka „Łowicz 3010″ (sprzedana), stanowiąca taką moją zabawę popularnymi w tym roku motywami folkowymi. Podeszłam do sprawy metodycznie – znalazłam w sieci kilka przepisów na patynę i zaopatrzyłam się w odpowiednie surowce. I tym oto sposobem broszka, po „ziszczeniu” się ze szkicu w metal (brąz i miedź), po raz pierwszy zawisła w szczelnie zakręconym słoju wypełnionym nieziemsko śmierdzącą chemią (całe szczęście niespecjalnie szkodliwą).

    I wszystko wyglądało dość ciekawie, póki nie wyjęłam broszki ze słoja po kilku dniach, a ona okazała się być obrośnięta cudnie kobaltowymi kryształkami. Efekt bardzo ładny, ale nie taki o jaki chodziło. Poza tym kryształki okazały się być rozpuszczalne w wodzie. Tak więc pudło. Zmieniłam recepturę – tym razem spróbowałam eksperymentu ze szkoły podstawowej – kreda z octem :). I znowu pojawiły się kryształki, tym razem w pięknym morskim kolorze, niestety również rozpuszczalne w wodzie i w dodatku strasznie śmierdzące.

    Dopiero po wielu eksperymentach udało mi się uzyskać ładny, trwały efekt w kolorze kobaltowym, a na samym końcu wreszcie patynę w typowym morsko-niebieskim kolorze – taką, o jaką chodziło mi od samego początku :). I tym oto sposobem powstała folkowo – archeologiczna, eksperymentalna brosza :).

    Poza tym spotkałam się dziś z moją stałą, przemiłą Klientką :) i razem z dwoma parami elfich kolczyków zawiozłam jej labradorytowy wisior „Uroczysko” (właśnie przed chwilą wymyśliłam mu nazwę ;) ). Miałam zrobić zawieszkę do tego konkretnego kamienia i tak to właśnie wyszło. Zależało mi na tym, żeby zawieszka nie próbowała przyćmić tego przepięknego labradorytu, ale jednocześnie podkreślała jego piękno.

    Poza tym kilka dni temu wykonałam także na zamówienie kolczyki „Noc w lesie II” luźno bazujące, na moim wcześniejszym wzorze. Tym razem podstawowym materiałem był brąz, przybrany pięknymi turmalinami w różnych ciepłych odcieniach oraz oliwinami.

    I na koniec jeszcze dwie pary kolczyków z brązowo-srebrnej kolekcji Aes brundusinum. „Lniane” i „Koła czasu”. Pierwsze zdobione kamieniem słonecznym i cytrynem, drugie turkusami. Dziś skończyłam kilka kolejnych par w tych klimatach, ale na razie nie zdążyłam ich obfocić. I jeszcze sprzedany już, bardzo letni naszyjnik „Łąka w brązie” :). Uwielbiam taki oksydowany na tęczowo brąz.



    I na dziś to by było tyle :).

    O 13:29 rozpocznie się astronomiczne lato. Dzisiejszy dzień jest
    tym najdłuższym w roku, a noc najkrótszą i według wielu wierzeń pełną
    rozmaitych dziwów. To właśnie w tę noc kwitnie kwiat paproci :), a w
    niektórych miejscach wieczorami wciąż rozpoczynają się szalone tańce w
    okół ognisk. Letnie przesilenie to w wielu kulturach święto Słońca,
    ognia, wody, urodzaju, płodności, radości i miłości. Obchodzone było ( a
    w niektórych miejscach nadal jest) na obszarach zamieszkiwanych przez
    ludy słowiańskie, bałtyckie, germańskie, celtyckie i nie tylko.

    Dziś z tej właśnie okazji trochę cudów u mnie w galerii Trendymania :). Poza
    bardzo atrakcyjnymi promocjami na wszystkie produkty przygotowałam też
    małą niespodziankę. Do każdego zamówienia złożonego w czasie trwania
    promocji w mojej galerii w Trendymanii dołączona zostanie niewielka (2,5 cm średnicy)
    zawieszka przedstawiająca Słońce, wykonana z brązu wg mojego autorskiego
    projektu. Słoneczka są numerowane na rewersie i zostały wykonane
    specjalnie na tegoroczne Letnie Przesilenie.

    Promocja będzie trwała do jutra do okolic godziny 13:29 :).

    Zapraszam serdecznie i życzę wszystkim mnóstwo Słońca w tym
    wyjątkowym dniu :). Choć jak na złość u mnie za oknem szaro i buro, a ja leczę się z zapalenia nerek ;/.


    A tak poza tym, to podrzucam kilka zaległości oraz nowości. Po pierwsze wreszcie mogę się pochwalić sekretnikiem wykonanym na zamówienie mojego wspaniałego Przyjaciela :). Sekretnik zdobiony jest motywem rogów, Drzewa Życia, Słońca i Księżyca:

    Za mną też moje pierwsze próby z patynowaniem miedzi (ale o tym to będę musiała napisać osobno, bo to cały thriller ;) ). W każdym razie pokazuję dwie przykładowe prace - Maski (sprzedane) i Zagubiony w morzu. Obie prace to miedź łączona ze srebrem.


    I to tyle w tym pięknym, aczkolwiek bezsłonecznym póki co ;), dniu.

    Dziś podrzucam zdjęcia dwóch projektów, które wykonałam niedawno. Pierwszy to wisiorek z opalem dendrytowym – „Krajobraz zimowy”, który zrobiłam na urodziny mojej mamy :). Kamień upolowałam dzień wcześniej u Piotrka, który szlifował dla mnie ostatnio kilka labradorytów. Wysypał przede mną woreczek tych opali, a ja oczywiście „zanurkowałam” i od razu znalazłam dwa, w których dostrzegłam piekne, zimowe krajobrazy :). Ten jest już oprawiony, a drugi, dużo mniejszy, czeka na oprawę. Możliwe, że powstanie z niego jakiś pierścionek albo coś w tym stylu.

    Druga rzecz na dziś to komplet „Storm Goddess” (sprzedany), który już dawno chodził mi po głowie. Właściwie to od momentu kiedy weszłam w posiadanie tego pięknego agatu blue lace, który po prostu narzuca myśli o morzu. Chciałam żeby całość miała klimat jak wburzone morze, morski „szpej” porozrzucany po brzegu przez fale, kojarzyła się z obrośniętymi różnościami starymi linami itd. Naszyjnik naprawdę pięknie prezentuje się na dekolcie, a kolczyki ładnie to uzupełniają :).


    Poza tym od kilku dni utonęłam na nowo w elfich klimatach (wszystko dzięki zamówieniu dla Rhiannon :) ), tak więc powstały cztery nowe wzory, które wkrótce sfinalizuję i tymi na pewno się pochwalę :). Mam też sporo nieobfoconych, drobnych projektów z brązu, ale jakoś pogoda nie zachęca mnie do zdjęć. Owszem, mam oświetlenie, ale jakoś, nie wiem. Jakoś lubię ładne światło dzienne.
    Ha, no i bawię się w małego chemika. Wciągnęło mnie to tak, że szkoda gadać ;). Mieszam amoniak z różnymi rzeczami, dolewam „tego i owego”, a jak wczoraj produkowałam dwutlenek węgla zalewając kredę octem to aż kwiczałam z radości ;D. Problem polega na tym, że na razie z moich eksperymentów mam więcej radości i smrodu niż efektów ;). No ale trzeba być twardym a nie miętkim ;). Być może brak efektów (chociaż powinnam napisać „właściwych efektów”, bo efekty mam i to bardzo ciekawe – będę pewnie o nich pisać jak wreszcie skończę to co robię – nawet wiem już jakie reakcje chemiczne wywołałam :D) wynika z tego, że do tej mojej chemii podchodzę jak do gotowania. Tzn. dochodzę zawsze do momentu kiedy wypowiadam magiczne słowa „co by tu jeszcze dodać” ;D, a wtedy wszyscy mają ochotę schować się pod stół ;). I to tyle na dziś.
    Ach, a co do tytułu – naprawdę to właśnie miałam w planie ;).

    Jak widać wróciłam, choć do tej pory ciężko mi przestawić się na tryb codziennego funkcjonowania. Jestem niesamowicie zachwycona Bałkanami i chyba tak trochę nietypowo, bo np. jeśli chodzi o Chorwację to najbardziej podobają mi się tam… góry :). Są przepiękne, zwłaszcza z bliska, takie dzikie i surowe. Wspaniale się po nich chodzi, choć jednak nieco niebezpiecznie, bo szlaków w gruncie rzeczy nie ma, no i zbudowane są z takiej bardzo mocno zerodowanej skały (przynajmniej te w okolicach Dubrownika), tak więc trzymanie się czegokolwiek często wiąże się z tym, że to coś zostaje w ręce, a trzymanie się roślin bywa jeszcze bardziej „zabawowe”, bo większość kłuje. Dreszczyk emocji był, ale w końcu o to przecież chodzi ;). No i węże. Tak, węże to w tych górach zdecydowana atrakcja ;). Tak czy inaczej jeszcze nigdy nie chodziłam po górach, z których widać morze. To naprawdę niezapomninane przeżycie. Oczywiście zobaczyliśmy „obowiązkowe” punkty programu takie jak Split, Trogir, Dubrovnik, Jeziora Plitvickie (tu też wow..), Krka, a poza Chorwacją Lubljana, jaskinia Postojna (! polecam każdemu), plus zahaczyliśmy o Bośnię i Hercegowinę, ale gór nic nie przebije. Poniżej kilka zdjęć:


    Ale – wracając do tematu biżuterii :) – ostatnio bynajmniej nie leniuchowałam. Po powrocie zrealizowałam trzy zamówienia i poświęciłam sie eksperymentom. Pierwsze zamówienie to komplet wykonany dla Pani Joanny, będący wariacją na temat „Leśnych duszków”, tym razem także z naszyjnikiem, całość bogato zdobiona ciemno zielonymi turmalinami, jasnymi oliwinami i pojedynczymi oponkami złotego pirytu. Zdjęcia słabe, bo uczę się właśnie obsługi nowego sprzętu fotograficznego i widzę, że dużo, oj dużo nauki przede mną. Drugie zamówienie to wisior wykonany dla Aife„Pentakl z piórem”, który wzbogacił pięknie moją galerię pentakli :), a trzecie to niewielki wisiorek zrobiony dla Kate, która zakupiła wcześniej ode mnie kolczyki „Aegishjalmur” do których to wisiorek miał pasować.



    Jeśli chodzi o eksperymety to zaczęłam łączyć brąz z miedzią. Moim pierwszym projektem, w którym połączyłam te metale jest „Odpocznij wiosennie” (sprzedane). Prawdę mówiąc jestem nawet nieco zaskoczona, że tak dobrze technicznie to wyszło. Marzyło mi się, żeby spatynować całość na niebiesko-zielono i potem ściągnąć patynę wybiórczo, ale póki co przeraża mnie chemia, którą trzeba do tego zastosować i w końcu zdecydowałam się na klasyczną oksydę. Co prawda znalazłam jeden bardziej przyjazny dla środowiska sposób patynowania, ale nie chce mi się wierzyć, żeby działał – cóż, sprawdzę wkrótce, przy kolejnym wypale brązu i miedzi. Pierwsze zdjęcie to „surowy” projekt, jeszcze nie wypalony, dwa pozostałe to już lity brąz i czysta miedź. Spełniło się moje marzenie o ażurach :). Na pewno będzie ich więcej.

    Poza tym przy okazji zrobiłam kilka mniejszych projektów, będących bądź to mieszanką miedzi i brązu, bądź też samym brązem. Poniżej dwa z nich – „Łąka w brązie” (sprzedane) (zachwyciły mnie te kolory i faktura, więc niedługo powstanie duuuży naszyjnik do kompletu) oraz „Liście w kolorze” (sprzedane), łączące w sobie brąz, miedź i oksydowane na grafitowo srebro (ogólnie wszystkie bigle i dodatki w brązowych projektach są srebrne, ze względu na wygodę użytkowania). Do tego, tym razem w srebrze, jeszcze jeden egzemplarz mojej mini serii „Kwiaty polskie”, tym razem „Folk na zielono” (sprzedane).


    I to tyle na dziś :). Właśnie odpisuję na ostatnią porcję zaległych maili, tak więc czekających na odpowiedzi proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości.

    Ostatnio skupiam się na zamówieniach i też dziś pokażę jedno z tych, które robiłam ostatnio plus jedną „samowolkę” ;). Ogólnie staram się teraz zrealizować jak najwięcej zleceń, bo w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na urlop (łiiiiiii ^^), zwiedzać Chorwację, a nie chcę już nadwyrężać cierpliwości niektórych i tak już anielsko cierpliwych osób ;).
    W każdym razie, najbardziej skomplikowanym projektem jaki ostatnio wykonałam był sekretnik stworzony dla Wild, w który włożyłam naprawdę wiele pracy. Najbardziej zadowolona jestem z konstrukcji technicznej, bo po raz pierwszy wykonałam autentyczne zawiasy :), tak więc wisiorek otwiera się na bok i zamyka w klasyczny sposób przy pomocy szpili. Całość bazuje na wzorze sekretnika „Awen Inside”, który wykonałam kiedyś, ale ten jest jego zdecydowanie „upgrade’owaną” wersją ;), z bardziej szczegółowymi ornamentami no i oczywiście inną kolorystyką. Zresztą nie dziwię się, że wyszedł lepiej – w końcu „Awen Inside” wykonałam prawie 1,5 roku temu, a co by nie mówić, przez ten czas nauczyłam się tego i owego ;). Wild nazwała ten wisior „The Fading Tale” (teraz już mogę powiedzieć na 100%, że to od piosenki zespołu Delight - do niedawna tylko to podejrzewałam ;) ). Koniec paplania – zdjęcia:


    Praca nad tym wisiorem była dla mnie ogromną przyjemnością i teraz w sumie myślę z radością o tym, że w ciągu najbliższych dni zabiorę się za kolejny sekretnik, zamówiony przez mojego wspaniałego przyjaciela :). Tak więc czeka mnie wykonanie drugich zawiasów – mam nadzieję, że tym razem pójdzie łatwiej :).

    Drugi wisiorek, który chciałam dziś pokazać to kolejna wariacja na temat nieśmiertelnika, tym razem w wersji dla niepokornej, artystycznej duszy. Natknęłam się ostatnio na niesamowity cytat Fryderyka Nietzschego o kreatywności. Przeczytałam i od razu przyszedł mi pomysł na wisior z nim w roli głównej. I tak powstał „Dancing star”, ozdobiony dodatkowo szafirem gwiaździstym, nawiązującym do treści cytatu. Kamień w punktowym świetle (słońce, żarówki, flash aparatu itd.) ukazuje śliczną, sześcioramienną, ruchomą gwiazdkę. Widać ją na drugim zdjęciu. Wisiorek odnalazł swoją panią ;) na dzisiejszym krakowskim spotkaniu biżuteryjek, tak więc jest zarezerwowany. Wyglądało to na miłość od pierwszego wejrzenia :). Swoją drogą spotkanie było bardzo miłe i mam nadzieję, że będzie powtórka :). Bo dobrego towarzystwa, pięknej biżuterii, cudnych kamieni, smacznego jedzenia i dobrego napitku nigdy dość ;). Mogłabym dodać jeszcze kilka rzeczy, ale zdanie wyszłoby za długie ;-).

    A teraz zmykam wygrzewać się z książką pod kocykiem, bo jestem strasznie przeziębiona. Mam nadzieję, że nie pozarażałam dziś wszystkich, z którymi się widziałam ;). Całe szczęście już mi przechodzi.
    Ach i jeszcze pochwalę się jedną rzeczą :)tutaj można znaleźć komplet biżuterii wykonany przez Marcina, na podstawie mojego tutorialu.

    Znowu sporo nowości. I biżuteryjnych i tych „okołobizuteryjnych” :). Postaram się streszczać, choć zwykle słabo mi to wychodzi.
    Zacznę od swojego drugiego wypału brązu i powstania idei kolekcji „Aes brundusinum”. Właściwie to nie pracuję kolekcjami, przynamniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – nie tworzę myśli przewodniej na sezon i nie realizuję projektów tylko z nią związanych. Z drugiej jednak strony w gruncie rzeczy w tym co robię da się wyodrębnić jakieś kolekcje, tylko takie jakby rozproszone, realizowane cały czas, przeplatające się. Zanudziałbym się na śmierć, gdybym miała np. przez pół roku robić rzeczy podobne do siebie. Pewnie podobnie będzie z „Aes brundusinum”. Nazwa wzięła się od pierwszego z moich brązowych wisiorów, a co do znaczenia nazwy samej w sobie odsyłam do notki na mojej stronie, coby się nie powtarzać :). W każdym razie to surowa, etniczna seria, zupełnie inna niż dotychczas i muszę przyznać, że tworzenie takich projektów bardzo mnie odpręża, tak więc już marzę o dalszym ciągu, ale najpierw muszę wygrzebać się spod zaległości zamówieniowych (co robię już od dwóch tygodni). Kolejno: „Aes brundusinum – krople czasu” (sprzedane) z turkusami w tęczowym i błyszczącym brązie oraz srebrze, „Aes brundusinum – omszałe” (sprzedane) z piękną fakturą przypominającą mech, srebrem i turkusami, „Aes brundusinum – przerwany krąg” (sprzedane) z bursztynami i „Aes brundusinum – Luna paleolitu” z lapis lazuli (sprzedane). Wszystkie faktury użyte w projektach także są mojego autorstwa.



    A tak naprawdę to te wszystkie projekty z brązu powstały dlatego, że robiłam zamówienie dla Airaenn w postaci wisiorka przedstawiającego rumianek uwieczniony w oksydowanym na pastelowo brązie, zdobiony ametystem. A że brąz wypala się w piecu i jest to dość skomplikowana procedura, więc uznałam, że muszę skompletować większy wsad (i z dziką radością zrobiłam te wszystkie pojekty nie na zamówienie ;) ). Zawsze to bardziej ekologicznie :). Wisiorek poniżej, a także kilka kolejnych projektów brązowych z tego samego wypału: „Brąz w pastelach” (sprzedany), „Morze w brązie” (sprzedany) i „Zwiastun” (sprzedany).


    Poza tym wykonałam także dwa projekty w srebrze. Pierwszy to pentakl z drzewem, zdobiony awenturynem umieszczonym na zawieszce, stworzony na zamówienie. Drugi natomiast to kolejne kolczykowe maleństwa, tym razem w postaci klasyki z perełkami – „Perłowe szepty”. Sztyfty to prawdziwe miniaturki – mają zaledwie 1 cm średnicy (sprzedane_.


    Uff, i to tyle, jeśli chodzi o projekty. Pochwalę się jeszcze tylko moją ostatnią mineralogiczną zdobyczą. Te kamienie poniżej to naturalne kamienie słoneczne, naprawdę dobrej jakości. Są po prostu przepiękne. Nie wiem jeszcze co z nimi zrobię, ale na razie po prostu je podziwiam – ich awenturyzacja (ten efekt kolorowych iskierek i błysków) jest po prostu niesamowita, i jak to z tego typu kamieniami bywa, zdjęcia nie oddają nawet ćwierci ich uroku. Kamień słoneczny inaczej nazywany jest skaleniem awenturynowym i w tej jakości oraz takim rozmiarze jest rzadki.


    No i jak zwykle wyszła notka gigant ;).
    Ach i w ramach zwyczajowego P.S. ;) w zeszłym tygodniu odbył się pierwszy „oficjalny” warsztat techniki Art Clay w moim domowym studio. Krótką relację i efekty można znaleźć tutaj. Poza tym, jeśli ktoś umie czytać bukwy (ja nie umiem, ale niech żyje google translator ;) ), to zapraszam do zaglądnięcia tutaj, gdzie nasi wschodni sąsiedzi napisali co nieco o mnie (ale przede wszystkim wrzucili mnóstwo obrazków). Najciekawsza jest dyskusja pod spodem ;).


    • RSS