drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: okolobizuteryjnie

    Właśnie walczę z chemicznym kataklizmem, który wywołałam całkiem niechcący. Niestety ofiarami kataklizmu padło 7, słownie SIEDEM projektów, bo zachciało mi się hurtowego wypalania w piecu… AAAAAAAAA!!! Po wypaleniu tych 7 srebrnych projektów planowałam zająć się brązem, a że dostałam nowy węgiel, więc trzeba go było aktywować. Wstawiłam więc do pieca zamknięty pojemnik z węglem, a na niego położyłam tackę z projektami ze srebra. I stało się coś strasznego. Nie mam zielonego pojęcia co. Projekty wyglądają normalnie, ale przy próbach dolutowywania różnych elementów typu zawieszki, kółeczka itd. lut w nie wsiąka. Jak woda w papier. Tak hop, hyc i go nie ma. Próbowałam wypolerować powierzchnię przed lutowaniem, ale niewiele to dało. Potem tknęło mnie żeby sprawdzić co się stanie jak spróbuję te projekty oksydować i tu kolejna niespodzianka. Projekt tak jakby „dymi” na czarno w oksydzie i wygląda na zoksydowany, ale oksydę usuwa… woda. Nie mam zielonego pojęcia co zrobiłam, ale wykluczyłam już wszystkie inne opcje poza tą interakcją z węglem (kwasowanym węglem kamiennym). Jestem maksymalnie wściekła, ale też zaciekawiona, więc eksperymentuję. Na razie widzę, że każde kolejne oksydowanie sprawia, że projekt coraz mniej „dymi” i oksyda na coraz większej powierzchni jest trwała. Próbowałam też powtórnie wypalać projekty, ale to nie zmieniło sytuacji bardziej niż powtórne oksydowania. Zaraz będę sprawdzać czy normalne chwytanie oksydy (oczywiście po odczyszczeniu) oznacza normalne lutowanie. Jeśli ktoś z moich szanownych Czytelników jest chemikiem i ma pomysł co ja właściwie zrobiłam to każda wskazówka będzie cenna. Co prawda w sumie głównie dla zaspokojenia mojego pędu poznawczego, bo już po fakcie, ale to zawsze coś ;)
    Zawsze byłam z siebie dumna, że właściwie nigdy nie marnuję materiału, a tu proszę. Raz, ale porządnie ;).

    P.S. Przed chwilą dla dopełnienia obrazu zniszczenia wylałam na swój warsztat opakowanie lutówki… Ogarnęła mnie już totalna rozpacz, ale całe szczęście na miejscu był mój mężczyzna, który pocieszył mnie mówiąc, że dobrze, że nie pracuję w tartaku, bo zamiast wylać lutówkę, pewnie ucięłabym sobie rękę… Nie ma jak męski punkt widzenia ;). Teraz mój warsztat moczy się w wodzie, a biurko szorowane jest wodą i mydłem… Chyba muszę iść spać.

    Dziś mam dla moich Czytelników zapowiadaną wcześniej niespodziankę. Wreszcie ruszyła galeria mojej biżuterii – moje naprawdę własne miejsce w sieci. Zapraszam serdecznie do odwiedzenia strony:

    http://drakonaria.com

    Przygotowałam na niej wiele ciekawych materiałów, a także dwie dodatkowe niespodzianki, o których piszę w pierwszej notce galeryjnego bloga. Wkrótce w planach także wersja anglojęzyczna. Życzę miłego oglądania i lektury :).

    Dziś niewiele. Po pierwsze chcę pokazać komplecik z kamieniami księżycowymi – „Moondance” (kolczyki są już sprzedane, został jezcze naszyjnik), który zrobiłam niedawno. To delikatne rozwinięcie i nowa interpretacja wzoru, który zaprojektowałam kiedyś dla kompletu „Irish dance”. Tym razem zdjęcia w postaci składanki – jestem dziś wyjątkowo leniwa ;).

    Kolczyki i naszyjnik dostępne w Trendymanii.

    A teraz ważniejsza rzecz.
    Pod tym adresem na allegro można nabyć niewielki komplecik z granatami i rubinami – „Zamkowy”, który jakiś czas temu przekazałam na aukcję charytatywną, która ma na celu pomóc Kubusiowi. Kubuś urodził się z niedorozwojem lewej komory serca i podczas jednej z operacji doszło do niedotlenienia mózgu, które spowodowało wiele innych, bardzo poważnych problemów zdrowotnych. Teraz potrzebuje pieniędzy na rehabilitację. Tak więc GORĄCO zachęcam do udziału, a także do przejrzenia innych przedmiotów wstawionych na aukcjach dla Kubusia, które pozwolą wesprzeć go kwotami o innej wysokości.

    Giganta, o którym pisałam ostatnio, póki co nie pokażę, bo tak mnie zmęczył i zdenerwował, że musiałam go na jakiś czas odłożyć. Za to podrzucam porcję ostatnich słodkości i bajkowości :). Tak mnie jakoś wzięło na ten klimat. W końcu zbliżają się Walentynki. Mam nieco mieszane uczucia co do tego święta, ale z drugiej strony każda okazja żeby okazywać miłość na różne sposoby jest dobra :). Co prawda uważam, że wyznawaniu miłości zdecydowanie bardziej sprzyja aura np. naszej rodzimej Nocy Kupały, ale co kto lubi :). Pewnie jak ludziom jest zimno to chcą być bliżej siebie. No jest w tym niewątpliwie jakaś logika.
    Są więc dwa serduszka i bajkowo zantropomorfizowane Księżyc i Słońce :). Pierwsze serce kontynuuje moją kolekcję „Sindarin” i zwie się „Guren” co oznacza po prostu „moje serce”. To podwójny naszyjnik, w którym główny element ozdobiłam kamieniem księżycowym, a krótszy naszyjnik kiścią tego samego minerału. Drugie serduszko to „Miłość w ogrodzie”, w której znowu ukwieciłam srebro i dodatkowo „przyprawiłam” drobnymi rubinami i akcentami 22 karatowego złota. Tak żeby nie było zbyt banalnie i symetrycznie dodałam jeszcze drugie, maleńkie, mocno oksydowane serduszko.


    „Sun & Moon” (sprzedany) to z kolei dwustronny wisior z wizerunkami Księżyca i Słońca. Stronę księżycową ozdobiłam kamieniem księżycowym, a słoneczną złotem. Bardzo wdzięczny, symboliczny drobiazg.

    A, i na koniec takie dość ascetyczne jak na mnie, organiczne kolczyki z kwarcem lodowym – „Zmrożone liście” (sprzedane). Z nimi wiąże się pewna niespodzianka :), ale to dopiero za jakiś czas. Częściowo ze względu na nią zresztą można powiedzieć, że leniuchuję trochę ostatnio biżuteryjnie, ale zajmuję się czymś innym, co mam nadzieję, będę mogła wreszcie niedługo moim Czytelnikom pokazać :).


    Wszystkie te projekty można znaleźć w galeriach zlinkowanych po prawej u góry, lub też skontaktować się bezpośrednio ze mną :).
    I tak w ramach chwalenia się po raz kolejny – moja praca „Laurelindorenan” otrzymała tytuł „Daily Deviation” portalu deviantART, dzięki czemu została oglądnięta ponad 11 000 razy i prawie 2500 razy dodana do tzw. „ulubionych” :). Muszę przyznać, że sprawiło mi to niemałą satysfakcję i naczytałam się tylu pozytywnych opinii, że cały dzień chodziłam dumna jak paw ;).


    P.S. Poza tym, w ramach mniej artystycznego majsterkowania zrobiłam dzisiaj karmnik :D. Wywlokłam z piwnicy jakieś deski i zbiłam je razem. Wyszedł bliżej niezidentyfikowany obiekt z nóżkami i różkami ;). W dodatku krzywy, ale uznałam, że ptaki nie będą z niego przecież strzelać. Zresztą, jeśli bedą, to i tak będzie im trzeba zabrać ;). Tak poza tym to tą krzywiznę zamierzam interpretować jako dach spadzisty, który przecież na zimę jest bardziej praktyczny ;). Zresztą ten dach nie jest krzywy dlatego, że nie trafiłam,  tylko deska się zdefasonowała, a nie chciało mi się iść znowu do piwnicy po prostą. Myślę jeszcze nad tym, żeby z jednej strony zrobić pionową deseczkę, żeby ptaki mogły chować się przed wiatrem… :) (jacuzzi zainstaluję dopiero za jakiś czas).

    Dziś wyjątkowo bez biżuterii. Pracuję aktualnie nad chyba największym moim projektem dotychczas i nic innego nie ma  z tym szans ;). Co gorsza aktualnie przeżywam kryzys na tle tego, czy w ogóle warto i czy przypadkiem nie marnuję właśnie tony materiału, na wielkiego, ciężkiego molocha bez wdzięku :/. Wpadłam jednak na chwilę, żeby podzielić się ciekawostką. Otóż jeden z zinów portalu Deviantart zamieścił w swoim najnowszym numerze wywiad z moją skromną osobą. Część rzeczy w nim dość mnie zaskoczyła ;D i mam niejasne wrażenie, że nie do końca o to mi chodziło, plus oczywiście tekst został mocno skrócony i nieźle pociachany (a potem złożony na nowo, z kilkoma bolesnymi błędami edytorskimi i rzeczowymi…), jednak takie są prawa współpracy „międzynarodowej” ;) i braku mechanizmu autoryzacji. No ale powiedzmy sobie szczerze – to nie Vogue ;). Wywiad robiła sympatyczna Amerykanka, którą przerażały moje wielokrotnie złożone zdania i „literacki” (przypuszczam, że to był taki eufemizm ;) ) język ;D. Zresztą skutecznie go „zamerykanizowała” ;).
    Tekst jest w języku angielskim. Można go znaleźć tutaj. W celu przeczytania numeru trzeba kliknąć download lub w obrazek poniżej. Numer jest w pliku pdf.

    Dla szczególnie zainteresowanych oryginał wywiadu tutaj (skoro już się tak naprodukowałam ;) ). Spisywany był na gorąco i bez żadnych poprawek, w nadziei właśnie na dalszą edycję ;) tak więc uprasza się o tolerancję dla błędów językowych.

    Dopiero wczoraj przezwyciężyłam poświątecznego lenia i pierwszy raz w tym roku stworzyłam coś nowego. Tak na dobry początek – „Baśń o wiośnie”. Baśń, bo patrząc na to co za oknem, wiosna wydaje się być jakaś taka nierealna. Wiosenne wspomnienia wybielone śniegiem tracą kolory i nawet taka wiosenna baśń staje się bardziej stonowana, prawie monochromatyczna. Dużo przyjemności dostarczyło mi robienie tych kolczyków. Tak się zapaliłam, że skończyłam je dziś o 3 nad ranem. I ciuchutko marzę, że może moja mini wiertarka nie jest specjalnie głośna, bo właśnie między 2 a 3 w nocy intensywnie jej używałam… Inaczej sąsiedzi mnie znienawidzili. Materiały to srebro pr. 999, 925, 22 karatowe złoto i fasetowane onyksy. Kolczyki są dostępne w Trendymanii.

    Poza tym z ciekawostek – znowu zostałam wyróżniona w ramach promocji konkursu Blog Roku  :). Ktoś przyuważył mojego bloga i napisał o nim kilka miłych zdań, opisując go wśród innych, naprawdę bardzo ciekawych blogów związanych z rękodziełem. Tekst można znaleźć tutaj. A teraz zmykam do kolejnego projektu, tym razem zaległego zamówienia.
    P.S. Tak sobie teraz patrzę, że w ostatniej notce narzekałam, że nie ma śniegu i robiłam hurtowo śnieżynki, a teraz śniegu pełno, a ja wspominam wiosnę…:) Ciężko człowiekowi dogodzić ;). Ale tak naprawdę, jeśli chodzi o pogodę to jestem NIESAMOWICIE  szczęśliwa :). Po prostu kocham zimę.
    A, i w ramach ciekawostek – poniżej szkic projektu tych kolczyków, uczyniony w autobusie. Chyba trochę lepiej wyszły na żywo ;D.

    Jako, że dziś mam do pokazania naprawdę sporo biżuterii, tak więc spróbuję powściągnąć tym razem swoje zapędy grafomańskie i zabrać się od razu do rzeczy ;).
    Po pierwsze mam za sobą pierwszy wypał brązu. Bez mrożących krew w żyłach przygód technicznych się nie obyło, ale tak czy siak powstało kilka eksperymentalnych projektów w stylu bądź to etno, bądź po prostu organicznym. Brąz zachwycił mnie swoją ciepłą barwą i możliwością nadawania mu różnych, pięknych rodzajów wykończeń. Na 100% będzie więcej, ale mam nadzieję, że bardziej kontrolowanie ;). Tak więc kolejno – „Aes brundusinum” (sprzedany), „Epoka brązu” (sprzedane), „Brązowa łąka” (sprzedane), „Znalezione w lesie” (w Pace), „Kołyski ery brązu” (w Trendy), „Leśnie i iglaście” (w Pace).




    Brąz w wytwarzaniu biżuterii używany był od tysięcy lat, a współcześnie chyba jakoś o nim zapomniano. A szkoda, bo to naprawdę przepiękny materiał.
    Druga spora partia projektów (już standardowo srebrnych) zainspirowana jest śniegiem, a właściwie jego brakiem… Nie mogę przeboleć tego, że za oknem ani śladu białości, a termometr wskazał wczoraj… 15 stopni. Makabra. Postanowiłam w związku z tym uwiecznić trochę śniegu w swojej biżuterii. Jest więc komplet „Królowa śniegu” (bansoletka sprzedana, kolczyki dostępne) z nowością techniczną w moim warsztacie, a mianowicie porcelanowym kaboszonem, na którym namalowałam czystym srebrem płatek śniegu; jest kolejna odsłona kryształowych śnieżynek (sprzedane), śnieżynki z kroplami kryształu górskiego (w ArsNeo) oraz nieco drapieżne „Śnieżynki na dziko” (sprzedane) :).


    Na koniec jeszcze zdjęcie mojego warsztaciku okadzanego miętowo-czekoladową świecą (zapach w sam raz do projektów śnieżynkowych :) ), któremu w prezencie przesileniowym sprawiłam nową, śliczną płytę pleksi :). Każdemu się należy ;).

    Notka nietypowa :) Bo z jednej strony pokażę sporo biżuterii, a z drugiej tego co bym bardzo chciała pokazać umieścić tu nie mogę. Brzmi może tajemniczo, ale nic w tym tajemniczego. Ostatnio sporo czasu spędzam po prostu na robieniu zamówień, które staną się potem prezentami, a zdarza się, że przyszły obdarowany również tutaj zagląda. Wtedy nici byłyby z niespodzianki ;). Tak więc na prośbę Zamawiających dmucham na zimne :).
    Zacznę więc chronologicznie. Wróciłam ostatnio do kwiatów. Pewnie dlatego, że brakuje mi ich, więc przynajmniej wyczarowuję je sobie ze srebra. Tak powstała „La ternura” – czułość (sprzedany). Połączyłam w niej srebro z 22 karatowym złotem oraz drobnymi, fasetowanymi granatami i czarnymi turmalinami. Kwiatowy medalionik jest naprawdę maleńki.

    Poza tym WRESZCIE zebrałam się w sobie i postanowiłam „wprowadzić” się do galerii ArsNeo.

     Zwlekałam z tym strasznie długo, bo jakoś projekty mi się rozchodziły po różnych miejscach i ciągle nie miałam czego tam wstawić. Teraz się zawzięłam i postanowiłam wykonać kilka rzeczy specjalnie dla tej galerii. „Bukiet flamenco” i „Zielony płomień” (sprzedany) to zaczątek mojej ekspozycji w ArsNeo, do której śledzenia zapraszam serdecznie. Po prostu nie mogłam nie pojawić się w galerii z tak piękną nazwą ;). Do tego jedna nowość, z motywem, który kiedyś już wykorzystałam w komplecie wisiorek+bransoletka. Teraz kolczyki – „Luin” (sprzedane).




    Poza tym trochę poeksperymentowałam. Malowałam 22 karatowym złotem cętki na srebrze (Geometria dzikości-sprzedane), co w sumie było nawet zabawne, ale koniec końców okazało się, że złote cętki na ciemnym tle wyglądają raczej nietypowo i chyba nie kojarzą się w pierwszym momencie z dzikim zwierzem, a przynajmniej nie ze zwyczajnym zwierzem :). Myślę, że to taki zwierz glamour ;). Muszę jednak przyznać, że z jakiegoś powodu bardzo mi się te kolczyki podobają, zwłaszcza ich surowe wykończenie. Testowałam też nową dla mnie technikę fakturowania srebra i tak powstały „Mieszkopierwszaki”(sprzedane). Wiele sobie po tej technice obiecuję, jak już zgromadzę odpowiednie akcesoria i nabiorę wprawy.


    I co zostawiłam sobie na koniec – przybył mi dziś nowy lokator, w postaci profesjonalnego pieca do wypalania rzeczy wszelakich :). Tym sposobem zainaugurowałam zakupy w ramach dotacji unijnej. Jedno jest pewne – ten piec to wielkie bydle… Nie mam na razie pojęcia gdzie go postawię, ale bez przekuwania się przez ścianę, żeby doprowadzić do mojego warsztatu prąd z odpowiedniego obwodu raczej się nie obędzie. Inaczej regularnie będzie mi wywalać korki. Do tego celu planuję zaczarować jakiegoś mężczyznę ;). Już się nie mogę doczekać tych wszystkich eksperymentów. Naprawdę jestem NIESAMOWICIE ucieszona, choć jednocześnie nieco przestraszona gabarytami tego 22 kilowego jegomościa… :)

    Piszę z technologicznego wygnania rzec by można ;). Od tygodnia nie mam własnego komputera, bo zostawiłam zasilacz w Warszawie i choć jest już w drodze powrotnej, to najwyraźniej od poniedziałku przetrawia go potwór zwany Pocztą Polską. Tym sposobem bardzo boleśnie przekonałam się jak ważne jest „P” w „PC”, bo korzystając z doskoku z innych komputerów bardzo wyraźnie czuję, że to po prostu nie moje, „personalne” komputery. Tak więc bardzo przepraszam wszystkich, którzy próbują ze mną skontaktować się np. na gg lub czekają na jakieś zdjęcia – z żadnego komunikatora nie korzystam od zeszłej niedzieli, a zdjęć nie mam za bardzo gdzie obrabiać :(. Boleśnie też odczuwam brak swojego Outlooka, tak więc mogłam przeoczyć jakieś emaile :(. Mam nadzieję, że sytuacja zmieni się w poniedziałek. Dzięki uprzejmości pewnej miłej osoby mogę jednak pokazać dziś co nieco :).

    To drugi wisior z otwartej „Avalonem” labradorytowej serii „Legendarne krainy”. Jego nazwa to „Laurelindorenan” (sprzedany). Miłośnicy Tolkiena od razu skojarzą, że to jedna z wielu nazw złotego lasu Lorien, zamieszkałego przez elfy pod wodzą Galadrieli i Celeborna. Ten cudowny, złoty labradoryt w centrum, od razu skojarzył mi się z czymś ciepłym, słonecznym, złotym, pełnym magii. I wyobrażam sobie, że taki właśnie musiał być las  pełen mallornów o złotych liściach, przez których korony przeświecało słońce.

    Drugą rzeczą, o której chciałam napisać jest konkurs Klejnot Polskiej Bizuterii. Otóż moja „Elaine” zajęła w nim 5 miejsce, konkurując z 67 wspaniałymi pracami profesjonalistów z całej Polski. Uważam to za ogromny sukces i bardzo dziękuję wszystkim głosującym :) .
    Inne nowości, które zrobiłam przez ten tydzień pokażę mam nadzieję wkrótce – kiedy odzyskam zasilacz, a z nim mój komputer :).

    100 lat minęło odkąd ostatnio pisałam. Poskładało mi się troszkę różnych wydarzeń i biżuteria musiała na chwilę pójść w kąt, ale wracam i zabieram się znowu do pracy i zabawy :).
    Na początek chciałabym zachęcić drogich Czytelników :) do wzięcia udziału w głosowaniu w konkursie Klejnot Polskiej Biżuterii. Bierze w nim udział moja praca, zgłoszona pod nazwą „Elaine” (sprzedany). Można ją odnaleźć tutaj, wśród wielu innych prac zgłoszonych do konkursu (umiejscowienie prac na stronach się zmienia). Co prawda szczęka mi opadła i trochę łyso mi się zrobiło jak oglądnęłam te wszystkie genialne prace, ale zawsze jest to okazja, żeby gdzieś się pokazać :). „Elaine” to wisior inspirowany jednym z utworów Tennysona, nawiązującym do legend arturiańskich, a konkretnie do sceny, w której bracia Elaine – Torre i Lavaine żegnają ciało siostry, złożone w łodzi (brzmi może nieco depresyjnie ;), ale to naprawdę cudownie napisana scena). „Elaine” wykonana jest ze srebra pr. 999, złota 22 K i pięknego polskiego chryzoprazu ze Szklar, wyszlifowanego specjalnie do tego projektu przez Piotrka. Na prace można głosować codziennie.

    Przy okazji przekonałam się, że robienie zdjęć na białym tle (wymaganym do konkursu) to jakiś koszmar.
    Podrzucam też dwa inne projekty – pierwszą (chronologicznie, bo „Elaine” była późniejsza) próbę ze złotem, w elfiej stylistyce – Arquen (sprzedane) ze złoconej kolekcji Quenya (a dokładniej pierwszy jej egzemplarz). Arquen w Quenyi to „szlachetny”. Kolczyki to srebro, 22 karatowe złoto, emalia i cudne briolety naturalnego lapisu. Drugie kolczyki to taka wprawka – Dzika księżniczka (sprzedane) z bursztynami i elementami wrapowanymi. Surowe, lekko chropowate, po oksydowaniu jedynie satynowane, bez polerowania.

    No i nie mogę nie napisać kilku słów o targach Złoto Srebro Czas, na których miałam przyjemność być w roli debiutantki :). Było bardzo sympatycznie, poznałam osobiście kilka przemiłych osób, w tym Monikę „Pearl” i Madzię Marszalik (byłam pod ogromnym wrażeniem ich wrapowanych prac), z którymi spędziłam najwięcej czasu, ale także Agnieszkę ze Składu Sznurowadeł, tworzącą w tej samej technice co ja, ale jakże zupełnie inne prace, przemiłego pana Jacka, który na czas targów wziął nas w opiekę i wiele, wiele innych osób. Poza tym powaliła mnie różnorodność biżuterii prezentowanej na targach, niesamowita mnogość materiałów i sposobów rozumienia piękna a także tego czym jest biżuteria w ogóle. Przyznam, że mam wrażenie jakby nieco poszerzył się świat mojej estetyki po tym wyjeździe. To niewątpliwie pozytywne, no i mam nadzieję, że kiedy przetrawię wrażenia, coś się z nich urodzi. Tak więc ten wypad do Wawy uważam za bardzo udany :).

    Aaaaaa, i zapomniałam pochwalić się, że przyznano mi bezzwrotną dotację unijną na firmę i dodatkowo tzw. wsparcie pomostowe :) JUPI!! :) Kupię sobie mnóstwo potrzebnych mi rzeczy, w tym wypasioną lustrzankę oczywiście z obiektywem do makro, wreszcie piec, laptop z porządną, dużą matrycą (mój to istne maleństwo i do obróbki zdjęć mało poręczny, poza tym warczy – naprawdę), kupę materiałów i wiele, wiele innych :).


    • RSS