drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: wisiory

    Dziś dwie kolorowe prace. Jedna to moja zabawa z wariacją na temat techniki emaliowania cloisonné. Najpierw stworzyłam od podstaw ręcznie kwiatowy wzór, złożony z cienkich linii. Potem wykończyłam srebro (polerowanie, częściowe wycinanie – wisiorek jest trochę ażurowy – niestety nie rzuca się to w oczy na zdjęciach), a następnie w każdą powstałą „komórkę” nałożyłam barwną emalię. Tym sposobem powstał obrazek przypominający nieco witraż. Wiem, że ten wisiorek jest baaardzo kolorowy i baaaardzo ozdobny ;), ale lubię eksperymenty :). Zresztą uważam, że ten wyszedł nawet całkiem fajnie :).
    Druga praca również wariacja, ale tym razem na temat motywu dwóch drzew, którego używałam już w innych swoich wisiorkach. Tym razem na dębowo i z pięknym, wielokolorowym labradorytem.


    Wiele razy wspominałam już, że nie przepadam z kryształami Swarovskiego, ale zima, karnawał itd. to właśnie ten okres w roku, kiedy zdarza mi się je wykorzystywać. Tym sposobem powstały dwie, dość proste formy ze „swarami”. I co? Najlepsze jest to, że przynajmniej jednymi (tymi w szlifie Helios) jestem całkowicie zauroczona ;). Piękny, ciekawy szlif i taaaak się błyszczą :).


    Do tego „Pani”, inspirowana tą grafiką, moje zabawy „futrzarskie” i swary w znanej już wersji śnieżynkowej :). I jeszcze romatyczny wisior z jaskółką, wykonany na zamówienie, z napisem wyrytym przez Klienta, całość wg jego projektu; folkowe, kolorowe kolczyki, także wykonane na zamówienie i mała wersja Laurelindorenan, ze złotym labradorytem.

    Tak, zdecydowanie nastał sezon na biżuteryjne zakupy. Czuję to zwłaszcza po lekkim niedospaniu i bólu pleców ;). Spędzam w swojej „pracowni” o wiele więcej czasu niż zwykle, realizując zamówienia i od czasu do czasu robiąc coś „ot tak”.
    Tym sposobem powstało ostatnio całkiem sporo projektów, z których kilka pokazuję. Znowu naszło mnie na nieśmiertelniki. To świetny patent na wyjątkowy prezent. Poniżej pięć z moich ostatnich nieśmiertelnikowych kreacji :). Wszystkie już znalazły swoich właścicieli. Mam w zanadrzu jeszcze mnóstwo fajnych cytatów :). Bardzo bawi mnie tworzenie takiej biżuterii z przekazem.


    Poza tym w ramach zabaw ze szklaną emalią naszło mnie na symbol Yin-Yang (sprzedany, a więcej zdjęć tutaj, wisior jest dwustronny). Myślałam o nim już od dawna, ale jak to zwykle bywa, jakoś nie przychodziła jego kolej. I na deser dwa zamówienia dla Ani :) – jej labradoryty, które ze swojej strony jedynie delikatnie podkreśliłam srebrnymi zawieszkami.

    Sówka

    4 komentarzy

    W ramach lekkiego znużenia motywami florystyczno-zawijasowymi, wczoraj wykonałam taki oto wisiorek. Polująca sowa z księżycem w pełni w tle. To mój pierwszy taki zwierzęcy motyw (nie licząc ludowych kogucików ;) ), ale już mam w planie następne. Bardzo miło mi się nad nim pracowało i jestem nawet zadowolona z efektu (choć chciałabym odjąć mu jeszcze trochę „kreskówkowości” a dodać realizmu). Jestem ogromną miłośniczką ptaków, zwłaszcza drapieżnych, a sowa (szkoda, że nie da się rozpoznać gatunku ;) ) nasunęła mi się z kilku powodów. Po pierwsze ostatnio pewna przemiła znajoma zgłaszała mi zainteresowanie sową, więc postanowiłam poćwiczyć ;), a po drugie – sowa stała się z jakiegoś względu wyjątkowo modnym ptakiem, co trwa już od dłuższego czasu. Wiekszość tego jednak co można znaleźć w różnych sieciówkach, a ma przypominać sowy ( z dopiskiem made in China) woła o pomstę do nieba, tudzież innych instancji wyższych, więc postanowiłam zrobić własną wersję ;). W każdym razie już mam pomysł na kolejny ptasi wisiorek.

    Jutro wyjeżdżam na urlop :). Tym razem zwiedzać Hiszpanię. 27 lipca znowu będe do dyspozycji swoich wspaniałych Klientek :). Wtedy też odpowiem na wszystkie zaległe maile, zapytania itd.
    A tymczasem przed urlopem z prędkością cyklonu ;) realizowałam zamówienia. Dziś pokażę pięć z nich plus kilka kilka innych, nowych projektów.
    Ostatnio powstał więc „Zielony triskel” na zamówienie pewnej miłej wiedziemki ;), Potrójna Bogini, tym razem w stylistyce elfiej, zdobiona kamieniami księżycowymi na zamówienie innej miłej wiedziemki, kolejna odsłona kolekcji Sindarin, tym razem Amath – Tarcza, zdobiona czarnymi turmalinami i złotym topazem – dla jeszcze innej miłej wiedziemki ;D. Poza tym komplet „Świtezianka”, bazujący na wzorze kolczyków, które wykonałam kiedyś, tym razem w formie wisiora i niewielkich kolczyków, a to wszystko zdobione labradorytami i apatytami – dla Pani Magdaleny, i wreszcie wisior „I love”, podobny do wykonanego kiedyś, ale w wersji odbicia lustrzanego i innymi z ornamentami kwiatowymi – dla Melissy. Ufff… ;) A teraz dzielnie walczę z elfio-księżycowym diademem – też na zamówienie.



    Poza tym zrobiłam też kilka mniejszych i większych projektów, które zamówieniami nie były :). I tak powstały kolczyki „Przeczucie jesieni” (sprzedane), zdobione motywami leśnymi i dymem z ogniska ;) oraz przepięknymi minerałami w jesienno-ognistych kolorach. Na żywo wyglądają o wiele ładniej. Tak mnie wzięło na te jesienne klimaty pewnie z tęsknoty za bardziej znośnymi temperaturami ;). Niejako przy okazji zrobiłam też elfie maleństwa – „Elfie łzy” (sprzedane),  ozdobione naprawdę przepięknymi brioletami cudnie połyskujących labradorytów i maleńkimi kwarcami diamond grey. To tak dla miłośniczek mniejszej biżuterii :). Do tego powstał niedawno męski wisiorek przedstawiający symbol Rogatego Boga – sprzedany (zainteresowanych symboliką, bynajmniej nie „satanistyczną” odsyłam tutaj ), zdobiony naturalnym kamieniem słonecznym.



    Ostatni projekt na dziś to naszyjnik, z którego jestem szczególnie dumna – „Półcienie” (sprzedany).
    Projekt inspirowany jest grą słońca i cieni, leniwym popołudniem, kiedy
    złote promienie mieszają się z podświetloną zielenią liści drzew i
    kwiatów. Taki nasycony barwami obrazek. Zrealizowałam go w srebrze łącząc technikę metal clay z elementami wire wrappingu. Rzeźbiony srebrny element został także czesciowo pozłocony i pokryty emalią. Naszyjnik zdobi mnóstwo pięknych turmalinów w różnych odcieniach zieleni, kwarc lemon, oliwiny, piryty, żółty szafir i diopsyd chromowy.


    I to tyle z nowości. A teraz zmykam, bo muszę zrobić jeszcze mnóstwo rzeczy przed wyjazdem :). Do zobaczenia wszystkim :). Mam nadzieję, że nie za dużo tego wszystkiego dziś było ;).

    Dziś będzie naprawdę długa notka, tak więc tych, którzy właśnie przeczytali jej początek uprasza się o uzbrojenie się w cierpliwość ;). Obiecuję jednak, że będzie ciekawa :).
    Pokazałam ostatnio kilka prac z patynowaną miedzią i wspominałam, że z dojściem do efektu ładnej patyny miałam spore przygody. Pierwszą pracą, którą usiłowałam spatynować była broszka „Łowicz 3010″ (sprzedana), stanowiąca taką moją zabawę popularnymi w tym roku motywami folkowymi. Podeszłam do sprawy metodycznie – znalazłam w sieci kilka przepisów na patynę i zaopatrzyłam się w odpowiednie surowce. I tym oto sposobem broszka, po „ziszczeniu” się ze szkicu w metal (brąz i miedź), po raz pierwszy zawisła w szczelnie zakręconym słoju wypełnionym nieziemsko śmierdzącą chemią (całe szczęście niespecjalnie szkodliwą).

    I wszystko wyglądało dość ciekawie, póki nie wyjęłam broszki ze słoja po kilku dniach, a ona okazała się być obrośnięta cudnie kobaltowymi kryształkami. Efekt bardzo ładny, ale nie taki o jaki chodziło. Poza tym kryształki okazały się być rozpuszczalne w wodzie. Tak więc pudło. Zmieniłam recepturę – tym razem spróbowałam eksperymentu ze szkoły podstawowej – kreda z octem :). I znowu pojawiły się kryształki, tym razem w pięknym morskim kolorze, niestety również rozpuszczalne w wodzie i w dodatku strasznie śmierdzące.

    Dopiero po wielu eksperymentach udało mi się uzyskać ładny, trwały efekt w kolorze kobaltowym, a na samym końcu wreszcie patynę w typowym morsko-niebieskim kolorze – taką, o jaką chodziło mi od samego początku :). I tym oto sposobem powstała folkowo – archeologiczna, eksperymentalna brosza :).

    Poza tym spotkałam się dziś z moją stałą, przemiłą Klientką :) i razem z dwoma parami elfich kolczyków zawiozłam jej labradorytowy wisior „Uroczysko” (właśnie przed chwilą wymyśliłam mu nazwę ;) ). Miałam zrobić zawieszkę do tego konkretnego kamienia i tak to właśnie wyszło. Zależało mi na tym, żeby zawieszka nie próbowała przyćmić tego przepięknego labradorytu, ale jednocześnie podkreślała jego piękno.

    Poza tym kilka dni temu wykonałam także na zamówienie kolczyki „Noc w lesie II” luźno bazujące, na moim wcześniejszym wzorze. Tym razem podstawowym materiałem był brąz, przybrany pięknymi turmalinami w różnych ciepłych odcieniach oraz oliwinami.

    I na koniec jeszcze dwie pary kolczyków z brązowo-srebrnej kolekcji Aes brundusinum. „Lniane” i „Koła czasu”. Pierwsze zdobione kamieniem słonecznym i cytrynem, drugie turkusami. Dziś skończyłam kilka kolejnych par w tych klimatach, ale na razie nie zdążyłam ich obfocić. I jeszcze sprzedany już, bardzo letni naszyjnik „Łąka w brązie” :). Uwielbiam taki oksydowany na tęczowo brąz.



    I na dziś to by było tyle :).

    O 13:29 rozpocznie się astronomiczne lato. Dzisiejszy dzień jest
    tym najdłuższym w roku, a noc najkrótszą i według wielu wierzeń pełną
    rozmaitych dziwów. To właśnie w tę noc kwitnie kwiat paproci :), a w
    niektórych miejscach wieczorami wciąż rozpoczynają się szalone tańce w
    okół ognisk. Letnie przesilenie to w wielu kulturach święto Słońca,
    ognia, wody, urodzaju, płodności, radości i miłości. Obchodzone było ( a
    w niektórych miejscach nadal jest) na obszarach zamieszkiwanych przez
    ludy słowiańskie, bałtyckie, germańskie, celtyckie i nie tylko.

    Dziś z tej właśnie okazji trochę cudów u mnie w galerii Trendymania :). Poza
    bardzo atrakcyjnymi promocjami na wszystkie produkty przygotowałam też
    małą niespodziankę. Do każdego zamówienia złożonego w czasie trwania
    promocji w mojej galerii w Trendymanii dołączona zostanie niewielka (2,5 cm średnicy)
    zawieszka przedstawiająca Słońce, wykonana z brązu wg mojego autorskiego
    projektu. Słoneczka są numerowane na rewersie i zostały wykonane
    specjalnie na tegoroczne Letnie Przesilenie.

    Promocja będzie trwała do jutra do okolic godziny 13:29 :).

    Zapraszam serdecznie i życzę wszystkim mnóstwo Słońca w tym
    wyjątkowym dniu :). Choć jak na złość u mnie za oknem szaro i buro, a ja leczę się z zapalenia nerek ;/.


    A tak poza tym, to podrzucam kilka zaległości oraz nowości. Po pierwsze wreszcie mogę się pochwalić sekretnikiem wykonanym na zamówienie mojego wspaniałego Przyjaciela :). Sekretnik zdobiony jest motywem rogów, Drzewa Życia, Słońca i Księżyca:

    Za mną też moje pierwsze próby z patynowaniem miedzi (ale o tym to będę musiała napisać osobno, bo to cały thriller ;) ). W każdym razie pokazuję dwie przykładowe prace - Maski (sprzedane) i Zagubiony w morzu. Obie prace to miedź łączona ze srebrem.


    I to tyle w tym pięknym, aczkolwiek bezsłonecznym póki co ;), dniu.

    Tak się czasami dziwnie składa, że potrzeba remontu, żeby znaleźć czas na napisanie nowej notki ;). Dawno mnie tu nie było, a że właśnie w moim warsztacie pod biurkiem leży pan w gustownym zielonym wdzianku zakładając coś na kaloryferze i demolując różne inne rzeczy (i tak po jednym panu z dziwnym sprzętem w każdym pomieszczeniu) to jedyne co mi pozostało to siąść w kącie przy komputerze i coś nasmarować :). Mam sporo zaległych projektów do pokazania, ale postanowiłam sobie, że zrobię to na raty, żeby nie zarzucać swoich szanownych Czytelników zbyt dużą ilością obrazków na raz.

    Ostatnio znowu wróciłam do elfich klimatów. Zostało mi jeszcze tyle pięknych słów w języku Sindarin i Quenya, które chciałabym zilustrować… Z tej też okazji powstały 4 nowe projekty, a dwa kolejne są jeszcze w drodze.
    Dla pierwszego z nich, z którego jestem najbardziej dumna, lingwistyczną inspiracją stała się Quenya – stworzony przez J.R.R. Tolkiena język
    elfów Wysokiego Rodu, zwany również Wysoką Mową, Starodawną Mową czy
    elfią łaciną. Nazwałam go Quenya – Fëanáro. Fëanáro oznacza „duch ognisty” i
    właśnie to starałam się oddać w skomplikowanych ornamentach i doborze
    kamienia. Fëanáro (wersja sindarińska to Faenor, a
    najpopularniejsza „zsindarinizowana” to Fëanor) to także postać z
    „Silmarillionu” Tolkiena. Był najpotężniejszym z Noldorów, twórcą
    magicznych kryształów – Simarilów oraz alfabetu używanego szeroko w
    Śródziemiu – tengwaru. Wisiorek wykonałam ze srebra, złota (delikatne kuleczki wplecione w ornamnety) i naprawdę cudownego kamienia słonecznego (który pokazywałam już kiedyś tutaj). Całość prezentuje się naprawdę imponująco i na żywo o wiele ładniej. Włożyłam w niego bardzo dużo pracy.

    Drugi elfi projekt to kolczyki wykonane na zamówienie pewnej cudownej, nietypowej panny młodej. Nazwałam je Ithil – co w języku Sindarin oznacza Księżyc, lub też, pisane z małej litery,
    blask, połysk (księżycowy). Wkrótce powstanie także wisiorek i diadem do kompletu. Kolczyki wykonane są ze srebra i zdobione kamieniami księżycowymi.

    Kolejne dwa projekty także inspirowane są słowaniu z języka Sindarin. Pierwszy to Nelladel (sprzedane), co oznacza dosłownie „dzwonienie dzwoneczków” czy też
    „odgłos dzwoneczków”. Kolczyki bardzo delikatnie „podzwaniają” przy
    mocnych ruchach, a kwiaty wśród ornamentów mogą kojarzyć się z leśnymi
    dzwonkami – stąd też ich nazwa :). Ozdobiłam je pięknymi labradorytami. Druga para to Ethuil (sprzedane), czyli wiosna, zdobione turmalinami, oliwinami i kilkoma maleńkimi pirytami oraz zieloną emalią.


    I to tyle z zaległości na dziś. Jutro ciąg dalszy :). A aktualnie pracuję nad zaległym już sporo sekretnikiem dla mojego przyjaciela i stałam się ofiarą jakże prawdziwego powiedzenia, że „lepsze jest wrogiem dobrego”… Najtrudniejszą rzeczą w sekretniku jest dla mnie zapięcie, tak więc zrobiłam całkiem niezłe, po czym wpadłam na „genialny” pomysł innego i postanowiłam je podmienić. Tiaaa… Efekt jest taki, że już od kilku dni nie mogę dojść z nim do ładu. Ale jestem już dobrej myśli i mam nadzieję, że uda mi się je dziś skończyć (pod warunkiem, że panowie w zielonych kombinezonkach kiedyś sobie pójdą ;) ). A potem czeka na mnie mnóstwo kolejnych projektów :). Poza tym chciałabym wreszcie zrobić coś dla siebie…

    Dziś podrzucam zdjęcia dwóch projektów, które wykonałam niedawno. Pierwszy to wisiorek z opalem dendrytowym – „Krajobraz zimowy”, który zrobiłam na urodziny mojej mamy :). Kamień upolowałam dzień wcześniej u Piotrka, który szlifował dla mnie ostatnio kilka labradorytów. Wysypał przede mną woreczek tych opali, a ja oczywiście „zanurkowałam” i od razu znalazłam dwa, w których dostrzegłam piekne, zimowe krajobrazy :). Ten jest już oprawiony, a drugi, dużo mniejszy, czeka na oprawę. Możliwe, że powstanie z niego jakiś pierścionek albo coś w tym stylu.

    Druga rzecz na dziś to komplet „Storm Goddess” (sprzedany), który już dawno chodził mi po głowie. Właściwie to od momentu kiedy weszłam w posiadanie tego pięknego agatu blue lace, który po prostu narzuca myśli o morzu. Chciałam żeby całość miała klimat jak wburzone morze, morski „szpej” porozrzucany po brzegu przez fale, kojarzyła się z obrośniętymi różnościami starymi linami itd. Naszyjnik naprawdę pięknie prezentuje się na dekolcie, a kolczyki ładnie to uzupełniają :).


    Poza tym od kilku dni utonęłam na nowo w elfich klimatach (wszystko dzięki zamówieniu dla Rhiannon :) ), tak więc powstały cztery nowe wzory, które wkrótce sfinalizuję i tymi na pewno się pochwalę :). Mam też sporo nieobfoconych, drobnych projektów z brązu, ale jakoś pogoda nie zachęca mnie do zdjęć. Owszem, mam oświetlenie, ale jakoś, nie wiem. Jakoś lubię ładne światło dzienne.
    Ha, no i bawię się w małego chemika. Wciągnęło mnie to tak, że szkoda gadać ;). Mieszam amoniak z różnymi rzeczami, dolewam „tego i owego”, a jak wczoraj produkowałam dwutlenek węgla zalewając kredę octem to aż kwiczałam z radości ;D. Problem polega na tym, że na razie z moich eksperymentów mam więcej radości i smrodu niż efektów ;). No ale trzeba być twardym a nie miętkim ;). Być może brak efektów (chociaż powinnam napisać „właściwych efektów”, bo efekty mam i to bardzo ciekawe – będę pewnie o nich pisać jak wreszcie skończę to co robię – nawet wiem już jakie reakcje chemiczne wywołałam :D) wynika z tego, że do tej mojej chemii podchodzę jak do gotowania. Tzn. dochodzę zawsze do momentu kiedy wypowiadam magiczne słowa „co by tu jeszcze dodać” ;D, a wtedy wszyscy mają ochotę schować się pod stół ;). I to tyle na dziś.
    Ach, a co do tytułu – naprawdę to właśnie miałam w planie ;).

    Dziś tak z biegu, bo ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu i nie mam nawet chwili żeby zrobić zdjęcia ostatnich nowości. Dziś więc kilka projektów, które powstały już jakiś czas temu.
    Niedawno zaliczyłam swoją pierwszą próbę z keum-boo. To ciekawa technika trwałego wtapiania 24 karatowej, złotej folii w powierzchnię srebra. Wymyślono ją bardzo dawno temu w Korei. Postanowiłam przetestować ją na bransoletce o bardzo organicznym charakterze, którą nazwałam „Little planet Leaf”. Wydaje mi się, że to ciekawy projekt, a keum-boo pozwoliło mi dodać mu jeszcze trochę nieprzewidywalności i wrażenia, hmm, życia na powierzchni ;). „Little planet Leaf” jest więc zrobiona ze srebra, 24 karatowego złota, 22 karatowego złota (złocenia na kuleczkach) i 14 karatowego złota (kuleczki na obwodzie bransoletki). Ale się wyzłociłam w tym projekcie ;). Ach, no i oczywiście zdobią ją ametysty.


    Poza tym podrzucam zdjęcia trzech projektów wykonanych na zamówienie. Modyfikacje dawnych wzorów. Spiral Goddess, ale z owalnym kamieniem księżycowym (uważam, że bardzo jej z nim pięknie – w ogóle śliczne te kamienie – mam jeszcze kilka, bo kupiłam na ostaniej giełdzie), pentakl z drzewem zdobiony ślicznym labradorytem oraz nieśmiertelnik dla Pani Ani, z nieco zmienionym tekstem „zakupowym” ;).



    Tak się ostatnio kompletnie zakręciłam przez ten brak czasu, że nie dość, że siedzę po nocach to jeszcze zapominam o różnych rzeczach. Dziś na przykład zapomniałam pójść na doradztwo z funduszy strukturalnych, bo byłam święcie przekonana, że 7 maja jest w sobotę. Ech, potrzeba mi trochę relaksu. Już postanowiłam, że na to konto kupię sobie dziś jakieś ładnie pachnące rzeczy :). Najlepiej świece w moim ulubionym sklepie ze świecami. Dziś planuję powiększyć moją kolekcję o zapachy granat-grejpfrut-mech i wetiwer-grejpfrut. No i muszę odnowić swój zapas werbeny. Pewnie łatwiej byłoby się wyspać, ale to byłoby takie trywialne ;).


    • RSS