drakonaria-art blog

    Twój nowy blog

    Wpisy z tagiem: wisiory

    Jak widać wróciłam, choć do tej pory ciężko mi przestawić się na tryb codziennego funkcjonowania. Jestem niesamowicie zachwycona Bałkanami i chyba tak trochę nietypowo, bo np. jeśli chodzi o Chorwację to najbardziej podobają mi się tam… góry :). Są przepiękne, zwłaszcza z bliska, takie dzikie i surowe. Wspaniale się po nich chodzi, choć jednak nieco niebezpiecznie, bo szlaków w gruncie rzeczy nie ma, no i zbudowane są z takiej bardzo mocno zerodowanej skały (przynajmniej te w okolicach Dubrownika), tak więc trzymanie się czegokolwiek często wiąże się z tym, że to coś zostaje w ręce, a trzymanie się roślin bywa jeszcze bardziej „zabawowe”, bo większość kłuje. Dreszczyk emocji był, ale w końcu o to przecież chodzi ;). No i węże. Tak, węże to w tych górach zdecydowana atrakcja ;). Tak czy inaczej jeszcze nigdy nie chodziłam po górach, z których widać morze. To naprawdę niezapomninane przeżycie. Oczywiście zobaczyliśmy „obowiązkowe” punkty programu takie jak Split, Trogir, Dubrovnik, Jeziora Plitvickie (tu też wow..), Krka, a poza Chorwacją Lubljana, jaskinia Postojna (! polecam każdemu), plus zahaczyliśmy o Bośnię i Hercegowinę, ale gór nic nie przebije. Poniżej kilka zdjęć:


    Ale – wracając do tematu biżuterii :) – ostatnio bynajmniej nie leniuchowałam. Po powrocie zrealizowałam trzy zamówienia i poświęciłam sie eksperymentom. Pierwsze zamówienie to komplet wykonany dla Pani Joanny, będący wariacją na temat „Leśnych duszków”, tym razem także z naszyjnikiem, całość bogato zdobiona ciemno zielonymi turmalinami, jasnymi oliwinami i pojedynczymi oponkami złotego pirytu. Zdjęcia słabe, bo uczę się właśnie obsługi nowego sprzętu fotograficznego i widzę, że dużo, oj dużo nauki przede mną. Drugie zamówienie to wisior wykonany dla Aife„Pentakl z piórem”, który wzbogacił pięknie moją galerię pentakli :), a trzecie to niewielki wisiorek zrobiony dla Kate, która zakupiła wcześniej ode mnie kolczyki „Aegishjalmur” do których to wisiorek miał pasować.



    Jeśli chodzi o eksperymety to zaczęłam łączyć brąz z miedzią. Moim pierwszym projektem, w którym połączyłam te metale jest „Odpocznij wiosennie” (sprzedane). Prawdę mówiąc jestem nawet nieco zaskoczona, że tak dobrze technicznie to wyszło. Marzyło mi się, żeby spatynować całość na niebiesko-zielono i potem ściągnąć patynę wybiórczo, ale póki co przeraża mnie chemia, którą trzeba do tego zastosować i w końcu zdecydowałam się na klasyczną oksydę. Co prawda znalazłam jeden bardziej przyjazny dla środowiska sposób patynowania, ale nie chce mi się wierzyć, żeby działał – cóż, sprawdzę wkrótce, przy kolejnym wypale brązu i miedzi. Pierwsze zdjęcie to „surowy” projekt, jeszcze nie wypalony, dwa pozostałe to już lity brąz i czysta miedź. Spełniło się moje marzenie o ażurach :). Na pewno będzie ich więcej.

    Poza tym przy okazji zrobiłam kilka mniejszych projektów, będących bądź to mieszanką miedzi i brązu, bądź też samym brązem. Poniżej dwa z nich – „Łąka w brązie” (sprzedane) (zachwyciły mnie te kolory i faktura, więc niedługo powstanie duuuży naszyjnik do kompletu) oraz „Liście w kolorze” (sprzedane), łączące w sobie brąz, miedź i oksydowane na grafitowo srebro (ogólnie wszystkie bigle i dodatki w brązowych projektach są srebrne, ze względu na wygodę użytkowania). Do tego, tym razem w srebrze, jeszcze jeden egzemplarz mojej mini serii „Kwiaty polskie”, tym razem „Folk na zielono” (sprzedane).


    I to tyle na dziś :). Właśnie odpisuję na ostatnią porcję zaległych maili, tak więc czekających na odpowiedzi proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości.

    Ostatnio skupiam się na zamówieniach i też dziś pokażę jedno z tych, które robiłam ostatnio plus jedną „samowolkę” ;). Ogólnie staram się teraz zrealizować jak najwięcej zleceń, bo w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na urlop (łiiiiiii ^^), zwiedzać Chorwację, a nie chcę już nadwyrężać cierpliwości niektórych i tak już anielsko cierpliwych osób ;).
    W każdym razie, najbardziej skomplikowanym projektem jaki ostatnio wykonałam był sekretnik stworzony dla Wild, w który włożyłam naprawdę wiele pracy. Najbardziej zadowolona jestem z konstrukcji technicznej, bo po raz pierwszy wykonałam autentyczne zawiasy :), tak więc wisiorek otwiera się na bok i zamyka w klasyczny sposób przy pomocy szpili. Całość bazuje na wzorze sekretnika „Awen Inside”, który wykonałam kiedyś, ale ten jest jego zdecydowanie „upgrade’owaną” wersją ;), z bardziej szczegółowymi ornamentami no i oczywiście inną kolorystyką. Zresztą nie dziwię się, że wyszedł lepiej – w końcu „Awen Inside” wykonałam prawie 1,5 roku temu, a co by nie mówić, przez ten czas nauczyłam się tego i owego ;). Wild nazwała ten wisior „The Fading Tale” (teraz już mogę powiedzieć na 100%, że to od piosenki zespołu Delight - do niedawna tylko to podejrzewałam ;) ). Koniec paplania – zdjęcia:


    Praca nad tym wisiorem była dla mnie ogromną przyjemnością i teraz w sumie myślę z radością o tym, że w ciągu najbliższych dni zabiorę się za kolejny sekretnik, zamówiony przez mojego wspaniałego przyjaciela :). Tak więc czeka mnie wykonanie drugich zawiasów – mam nadzieję, że tym razem pójdzie łatwiej :).

    Drugi wisiorek, który chciałam dziś pokazać to kolejna wariacja na temat nieśmiertelnika, tym razem w wersji dla niepokornej, artystycznej duszy. Natknęłam się ostatnio na niesamowity cytat Fryderyka Nietzschego o kreatywności. Przeczytałam i od razu przyszedł mi pomysł na wisior z nim w roli głównej. I tak powstał „Dancing star”, ozdobiony dodatkowo szafirem gwiaździstym, nawiązującym do treści cytatu. Kamień w punktowym świetle (słońce, żarówki, flash aparatu itd.) ukazuje śliczną, sześcioramienną, ruchomą gwiazdkę. Widać ją na drugim zdjęciu. Wisiorek odnalazł swoją panią ;) na dzisiejszym krakowskim spotkaniu biżuteryjek, tak więc jest zarezerwowany. Wyglądało to na miłość od pierwszego wejrzenia :). Swoją drogą spotkanie było bardzo miłe i mam nadzieję, że będzie powtórka :). Bo dobrego towarzystwa, pięknej biżuterii, cudnych kamieni, smacznego jedzenia i dobrego napitku nigdy dość ;). Mogłabym dodać jeszcze kilka rzeczy, ale zdanie wyszłoby za długie ;-).

    A teraz zmykam wygrzewać się z książką pod kocykiem, bo jestem strasznie przeziębiona. Mam nadzieję, że nie pozarażałam dziś wszystkich, z którymi się widziałam ;). Całe szczęście już mi przechodzi.
    Ach i jeszcze pochwalę się jedną rzeczą :)tutaj można znaleźć komplet biżuterii wykonany przez Marcina, na podstawie mojego tutorialu.

    Chwilę mnie tu nie było, ale postaram się nadrobić :). Na raty, bo jestem w trakcie przesiadania się ze starego laptopa na nowy, a chwilowo od jednego z nich dzieli mnie kilka kilometrów, a mam na nim część zdjęć ostatnich prac. Tak czy inaczej dziś przede wszystkim moja interpretacja jednego z ostatnich trendów – miliatarnego :). Tak ogólnie rzecz biorąc to rzadko kiedy „podążam” za modą. Raczej robię po prostu to co mi w duszy gra – czasami to coś akurat zbiegnie się z aktualnymi „wrzaskami mody” ;) a czasem nie. Część moich wzorów ma też po prostu charakter ponadczasowy, a część inspirowana jest tym co widzę, co sobie myślę, co odnajduję w dostępnych mi materiałach itd. Nie ma co jednak ukrywać, że tym co widzę jest również moda, tak więc nie będę zapierać się nogami i rękami, żeby tylko nie dać się zainspirować ;D. Bo czemu miałabym to robić? Tak właśnie powstały moje nieśmiertelniki. Ujął mnie trend militarny, który kolorowe czasopisma okrzyknęły jednym z tych „tru” tej wiosny. Wiadomo, nieśmiertelnik to coś co natychmiast kojarzy się z filmami o dzielnych ( i zwykle przystojnych ;) ) żołnierzach. Mężczyznach. Może komuś skojarzy się z „G.I. Jane”, ale to ciągle ten sam nieśmiertelnik. A gdyby tak się „ukobiecił”? ;) Obrósł ornamentami, zmienił treść – dlaczego nie? Pierwsze efekty tej „feminizacji” motywu nieśmiertelnika poniżej:



    Do nieśmiertelników zdecydowanie powinien być kulkowy łańcuszek, ale przyznam, że mam spory problem ze znalezieniem takiego na metry. No w każdym razie wyszły takie pół żartem pół serio kobiece klimaty :). „You can’t buy everything…” jest już sprzedany, „I forge my own path”również, a „If men liked shopping…” (sprzedane).
    Poza tym robiłam pierwsze próby ze szklaną emalią. Ze względu na nieznajomość materiału wybrałam bardzo proste formy i tak powstała „Geometria liścia – świeżość” (te nieodparcie kojarzą mi się z listkami cytryny – aż ślinka cieknie ;) ) i „Geometria liścia – wschód”. Obie pary kolczyków są moimi (udanymi :) ) eksperymentami z mieszaniem różnych kolorów szklanej emalii i ogólnie posługiwaniem się nią. Zrobiłam też jeszcze wisiorek, ale niestety poległ w walce. Jestem trochę zła, bo był najbardziej złożony z tych trzech projektów, no ale cóż, zdarza się. Okazało się, że emaliowana powierzchnia była za duża i emalia strasznie popękała – jeśli uda mi się zdjąć chociaż jej część i znowu wyrównać emalię, to może coś jeszcze z tego będzie, ale póki co odłożyłam go na bok i zajęłam się innymi rzeczami. Między innymi wisiorkiem na zamówienie Tary, ze stworzonym przeze mnie wcześniej motywem księżyca, który niestety fotografowałam po zmroku i zdjęcia są straszne, więc pokazuję tylko jedno ;).



    I to chyba tyle na dziś.

    Znowu sporo nowości. I biżuteryjnych i tych „okołobizuteryjnych” :). Postaram się streszczać, choć zwykle słabo mi to wychodzi.
    Zacznę od swojego drugiego wypału brązu i powstania idei kolekcji „Aes brundusinum”. Właściwie to nie pracuję kolekcjami, przynamniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu – nie tworzę myśli przewodniej na sezon i nie realizuję projektów tylko z nią związanych. Z drugiej jednak strony w gruncie rzeczy w tym co robię da się wyodrębnić jakieś kolekcje, tylko takie jakby rozproszone, realizowane cały czas, przeplatające się. Zanudziałbym się na śmierć, gdybym miała np. przez pół roku robić rzeczy podobne do siebie. Pewnie podobnie będzie z „Aes brundusinum”. Nazwa wzięła się od pierwszego z moich brązowych wisiorów, a co do znaczenia nazwy samej w sobie odsyłam do notki na mojej stronie, coby się nie powtarzać :). W każdym razie to surowa, etniczna seria, zupełnie inna niż dotychczas i muszę przyznać, że tworzenie takich projektów bardzo mnie odpręża, tak więc już marzę o dalszym ciągu, ale najpierw muszę wygrzebać się spod zaległości zamówieniowych (co robię już od dwóch tygodni). Kolejno: „Aes brundusinum – krople czasu” (sprzedane) z turkusami w tęczowym i błyszczącym brązie oraz srebrze, „Aes brundusinum – omszałe” (sprzedane) z piękną fakturą przypominającą mech, srebrem i turkusami, „Aes brundusinum – przerwany krąg” (sprzedane) z bursztynami i „Aes brundusinum – Luna paleolitu” z lapis lazuli (sprzedane). Wszystkie faktury użyte w projektach także są mojego autorstwa.



    A tak naprawdę to te wszystkie projekty z brązu powstały dlatego, że robiłam zamówienie dla Airaenn w postaci wisiorka przedstawiającego rumianek uwieczniony w oksydowanym na pastelowo brązie, zdobiony ametystem. A że brąz wypala się w piecu i jest to dość skomplikowana procedura, więc uznałam, że muszę skompletować większy wsad (i z dziką radością zrobiłam te wszystkie pojekty nie na zamówienie ;) ). Zawsze to bardziej ekologicznie :). Wisiorek poniżej, a także kilka kolejnych projektów brązowych z tego samego wypału: „Brąz w pastelach” (sprzedany), „Morze w brązie” (sprzedany) i „Zwiastun” (sprzedany).


    Poza tym wykonałam także dwa projekty w srebrze. Pierwszy to pentakl z drzewem, zdobiony awenturynem umieszczonym na zawieszce, stworzony na zamówienie. Drugi natomiast to kolejne kolczykowe maleństwa, tym razem w postaci klasyki z perełkami – „Perłowe szepty”. Sztyfty to prawdziwe miniaturki – mają zaledwie 1 cm średnicy (sprzedane_.


    Uff, i to tyle, jeśli chodzi o projekty. Pochwalę się jeszcze tylko moją ostatnią mineralogiczną zdobyczą. Te kamienie poniżej to naturalne kamienie słoneczne, naprawdę dobrej jakości. Są po prostu przepiękne. Nie wiem jeszcze co z nimi zrobię, ale na razie po prostu je podziwiam – ich awenturyzacja (ten efekt kolorowych iskierek i błysków) jest po prostu niesamowita, i jak to z tego typu kamieniami bywa, zdjęcia nie oddają nawet ćwierci ich uroku. Kamień słoneczny inaczej nazywany jest skaleniem awenturynowym i w tej jakości oraz takim rozmiarze jest rzadki.


    No i jak zwykle wyszła notka gigant ;).
    Ach i w ramach zwyczajowego P.S. ;) w zeszłym tygodniu odbył się pierwszy „oficjalny” warsztat techniki Art Clay w moim domowym studio. Krótką relację i efekty można znaleźć tutaj. Poza tym, jeśli ktoś umie czytać bukwy (ja nie umiem, ale niech żyje google translator ;) ), to zapraszam do zaglądnięcia tutaj, gdzie nasi wschodni sąsiedzi napisali co nieco o mnie (ale przede wszystkim wrzucili mnóstwo obrazków). Najciekawsza jest dyskusja pod spodem ;).

    Po katastrofie warsztatowej powoli nadrabiam to, z czym jestem do tyłu. Zdecydowałam się jednak powtórzyć wszystkie projekty. Nie jestem pewna co się stało, a tak będę miała przynajmniej kilka błyskotek dla siebie ;).
    Tak więc dziś pierwszy projekt to skrzydlaty wisior wykonany na zamówienie Pani Agnieszki, który na swój uzytek nazwałam „Leć!” To dość złożona forma, ozdobiona przepięknym, naprawdę przepięknym, labradorytem o błękitnym ogniu. Wisior składa się z dwóch skrzydeł, umieszczonych na różnych poziomach, zdobionych piórami, tworzonymi każde z osobna, bez użycia jakichkolwiek form. Przez tył wisiora (również przestrzenny) przechodzi srebrny pałąk, po którym wisior swobodnie się porusza. Projekt inspirowany jest moją wcześniejszą pracą „Powietrze”.


    Poza tym w ramach odreagowania tego, że straciłam kilka dość złożonych projektów, postanowiłam ulec „modzie”, którą zapoczątkowała Iza Malczyk i Gosia Domańska i wykonałam kilka słodkich maleństw, przy czym wykończyłam na razie tylko dwie pary – „Leśne duszki” (sprzedane) i „Róż w różach”. Kolczyki są naprawdę maleńkie – ozdobne sztyfty w obu parach mają ok. 1,5 cm. Duszki zdobione są zielonymi turmalinami i oponkami oliwinów, a różane brioletami kwarcu różowego i drobnymi perełkami słodkowodnymi.


    A że tym razem w trakcie pracy słuchałam sobie szant (tak mnie jakoś naszło), więc w pewnym sensie przy okazji i na skutek klimatu ;) powstała morska bransoletka – „Nereida” (sprzedana)- zdobiona ręcznie wykonanymi medalionikami z motywami rodem z głębin i przeróżnymi naturalnymi perłami. Okrągłymi, nieregularnymi, stalowymi, niebieskimi, białymi… Taka posztormowa, urokliwa mieszanka :)

    Jakiś czas temu wykonałam też w ramach wymianki z Jagienkąą niewielką Potrójną Boginię ozdobioną bursztynem (która niestety nijak nie chciała ładnie wyjść na zdjęciach). W zamian otrzymałam cudowny komplet w fioletach i starym złocie, wykonany niesamowitą techniką haftu koralikowego. Naprawdę jestem zachwycona :).

    I to tyle na dziś – czas nadrabiać kolejne zamówienia :).

    Już dawno nie odpisywałam na tyle maili co od momentu otwarcia strony
    http://drakonaria.com
    :). Jest mi bardzo miło, że mój pierwszy tutorial cieszy się takim zainteresowaniem :). Zaskoczył mnie też stopień zainteresowanie kursami. Tak więc ogólnie bardzo pozytywnie :).
    A teraz kilka nowości. Po pierwsze mój dzisiejszy twór (który znowu kończyłam w nocy i znowu wiertarką ;) ) „Narodziny fioletu”(sprzedany). To ciekawy wisior, który różni się dość mocno od moich dotychczasowych prac. Miałam straszną frajdę robiąc go, bo mogłam przy okazji poeksperymentować z ażurową, przestrzenną formą złożoną z plątaniny organicznych elementów. Powoli zaczyna do mnie docierać, że dobrze zrobione ażury są naprawdę mocne, co sprawia, że głowa puchnie mi od pomysłów ;). Z wnętrza wisiora wychyla się przepiękna, naprawdę ogromna łza fasetowanego ametystu. Jest po prostu zjawiskowa i całość wygląda w rzeczywitości o wiele lepiej niż na zdjęciach. Więcej zdjęć na mojej stronie.

    Poza tym trzecie serduszko, tym razem łączące technikę AC z wire wrappingiem. Nazwałam je po prostu „Kocham” i wisiorek aktualnie znajduje się w drodze do Czech, do romantycznego mężczyzny, który zapewne podaruje go swojej wybrance :). „Kocham” to srebro plus fasetowane granaty. Może i serduszko jest dość oklepanym wzorem, ale jestem z tego wisiorka bardzo zadowolona :).

    Na koniec dwa zamówienia. Po perwsze naszyjnik do kompletu do kolczyków „Radość serca lasu” z oliwinami, oraz zmodyfikowana powtórka, z kiedyś przeze mnie zrobionych „wykopaliskowych” lunulek, z nefrytami i bursztynami.

    No, to tyle na dziś. A teraz wracam również do zamówienia – skrzydlatego wisiora, z przecudnym labradorytem, dla Pani Agnieszki :).

    Giganta, o którym pisałam ostatnio, póki co nie pokażę, bo tak mnie zmęczył i zdenerwował, że musiałam go na jakiś czas odłożyć. Za to podrzucam porcję ostatnich słodkości i bajkowości :). Tak mnie jakoś wzięło na ten klimat. W końcu zbliżają się Walentynki. Mam nieco mieszane uczucia co do tego święta, ale z drugiej strony każda okazja żeby okazywać miłość na różne sposoby jest dobra :). Co prawda uważam, że wyznawaniu miłości zdecydowanie bardziej sprzyja aura np. naszej rodzimej Nocy Kupały, ale co kto lubi :). Pewnie jak ludziom jest zimno to chcą być bliżej siebie. No jest w tym niewątpliwie jakaś logika.
    Są więc dwa serduszka i bajkowo zantropomorfizowane Księżyc i Słońce :). Pierwsze serce kontynuuje moją kolekcję „Sindarin” i zwie się „Guren” co oznacza po prostu „moje serce”. To podwójny naszyjnik, w którym główny element ozdobiłam kamieniem księżycowym, a krótszy naszyjnik kiścią tego samego minerału. Drugie serduszko to „Miłość w ogrodzie”, w której znowu ukwieciłam srebro i dodatkowo „przyprawiłam” drobnymi rubinami i akcentami 22 karatowego złota. Tak żeby nie było zbyt banalnie i symetrycznie dodałam jeszcze drugie, maleńkie, mocno oksydowane serduszko.


    „Sun & Moon” (sprzedany) to z kolei dwustronny wisior z wizerunkami Księżyca i Słońca. Stronę księżycową ozdobiłam kamieniem księżycowym, a słoneczną złotem. Bardzo wdzięczny, symboliczny drobiazg.

    A, i na koniec takie dość ascetyczne jak na mnie, organiczne kolczyki z kwarcem lodowym – „Zmrożone liście” (sprzedane). Z nimi wiąże się pewna niespodzianka :), ale to dopiero za jakiś czas. Częściowo ze względu na nią zresztą można powiedzieć, że leniuchuję trochę ostatnio biżuteryjnie, ale zajmuję się czymś innym, co mam nadzieję, będę mogła wreszcie niedługo moim Czytelnikom pokazać :).


    Wszystkie te projekty można znaleźć w galeriach zlinkowanych po prawej u góry, lub też skontaktować się bezpośrednio ze mną :).
    I tak w ramach chwalenia się po raz kolejny – moja praca „Laurelindorenan” otrzymała tytuł „Daily Deviation” portalu deviantART, dzięki czemu została oglądnięta ponad 11 000 razy i prawie 2500 razy dodana do tzw. „ulubionych” :). Muszę przyznać, że sprawiło mi to niemałą satysfakcję i naczytałam się tylu pozytywnych opinii, że cały dzień chodziłam dumna jak paw ;).


    P.S. Poza tym, w ramach mniej artystycznego majsterkowania zrobiłam dzisiaj karmnik :D. Wywlokłam z piwnicy jakieś deski i zbiłam je razem. Wyszedł bliżej niezidentyfikowany obiekt z nóżkami i różkami ;). W dodatku krzywy, ale uznałam, że ptaki nie będą z niego przecież strzelać. Zresztą, jeśli bedą, to i tak będzie im trzeba zabrać ;). Tak poza tym to tą krzywiznę zamierzam interpretować jako dach spadzisty, który przecież na zimę jest bardziej praktyczny ;). Zresztą ten dach nie jest krzywy dlatego, że nie trafiłam,  tylko deska się zdefasonowała, a nie chciało mi się iść znowu do piwnicy po prostą. Myślę jeszcze nad tym, żeby z jednej strony zrobić pionową deseczkę, żeby ptaki mogły chować się przed wiatrem… :) (jacuzzi zainstaluję dopiero za jakiś czas).

    Jako, że dziś mam do pokazania naprawdę sporo biżuterii, tak więc spróbuję powściągnąć tym razem swoje zapędy grafomańskie i zabrać się od razu do rzeczy ;).
    Po pierwsze mam za sobą pierwszy wypał brązu. Bez mrożących krew w żyłach przygód technicznych się nie obyło, ale tak czy siak powstało kilka eksperymentalnych projektów w stylu bądź to etno, bądź po prostu organicznym. Brąz zachwycił mnie swoją ciepłą barwą i możliwością nadawania mu różnych, pięknych rodzajów wykończeń. Na 100% będzie więcej, ale mam nadzieję, że bardziej kontrolowanie ;). Tak więc kolejno – „Aes brundusinum” (sprzedany), „Epoka brązu” (sprzedane), „Brązowa łąka” (sprzedane), „Znalezione w lesie” (w Pace), „Kołyski ery brązu” (w Trendy), „Leśnie i iglaście” (w Pace).




    Brąz w wytwarzaniu biżuterii używany był od tysięcy lat, a współcześnie chyba jakoś o nim zapomniano. A szkoda, bo to naprawdę przepiękny materiał.
    Druga spora partia projektów (już standardowo srebrnych) zainspirowana jest śniegiem, a właściwie jego brakiem… Nie mogę przeboleć tego, że za oknem ani śladu białości, a termometr wskazał wczoraj… 15 stopni. Makabra. Postanowiłam w związku z tym uwiecznić trochę śniegu w swojej biżuterii. Jest więc komplet „Królowa śniegu” (bansoletka sprzedana, kolczyki dostępne) z nowością techniczną w moim warsztacie, a mianowicie porcelanowym kaboszonem, na którym namalowałam czystym srebrem płatek śniegu; jest kolejna odsłona kryształowych śnieżynek (sprzedane), śnieżynki z kroplami kryształu górskiego (w ArsNeo) oraz nieco drapieżne „Śnieżynki na dziko” (sprzedane) :).


    Na koniec jeszcze zdjęcie mojego warsztaciku okadzanego miętowo-czekoladową świecą (zapach w sam raz do projektów śnieżynkowych :) ), któremu w prezencie przesileniowym sprawiłam nową, śliczną płytę pleksi :). Każdemu się należy ;).

    Dziś będzie gwiazdkowo. W sensie dużej ilości gwiazdek ;). Tych z nieba, tych śniegowych, a także tych runicznych. Wyszło w ten sposób zupełnie niechcący – zorientowałam się pisząc pierwsze słowa tej notki.

    Pierwsze gwiazdki pochodzą z kompletu „Gwiezdny pył” (sprzedany) inspirowanego cudną książką Niela Gaimana, której wysłuchałam ostatnio w postaci audiobooka. Kiedy zaczynałam go robić, myślałam o czymś zupełnie innym, ale słuchałam jednocześnie właśnie tej powieści i moje myśli, a potem ręce, zaczęły zbaczać w kierunku jej czarownego świata. I tak powstały te srebrne sploty ozdobione szafirami gwiaździstymi. Mniej tolkienowsko-elfie, bardziej baśniowe, takie jak mogłaby nosić Yvaine – upadła Wieczorna Gwiazda, prawdziwa miłość głównego bohatera książki :). Powieść jest przepiękna – z jednej strony urzekająco baśniowa, z drugiej zaskakująco ironiczna i pełna fantastycznego humoru. Oczywiście miałam problem z fotografowaniem, bo Kraków od kilku dni spowija szczelna mgła, która nie pozwoliła mi wydobyć z szafirów gwiazdek, ale widać je na zdjęciu w świetle latarki ;). Normalnie gwiazdki widoczne są w słońcu i różnego rodzaju sztucznym oświetleniu. Da się je też zobaczyć przy świecach. Komplet to naszyjnik plus kolczyki typu sztyfty.

    Kolejne gwiazdki to proste, ale urocze „Śnieżynki” (sprzedane). Zwykle nie używam żadnych kryształów typu swarovski itd. ale dla tych zrobiłam wyjątek. Oczarował mnie ich szlif w postaci naprawdę ślicznych płatków śniegu i postanowiłam dorobić do nich śnieżynkowe sztyfty. Jestem bardzo zadowolona z efektu, który na żywo jest tysiąc razy lepszy niż na zdjęciach – śnieżynki pięknie załamują światło. Mam jeszcze 2 pary tych kryształków i zamierzam je wkrótce zutylizować.

    Ostatnia „gwiazdka” to Aegishjalmur – tzw. tarcza algizowa, wykonana na zamówienie. To nordycki symbol ochronny, który wojownicy mieli nanosić na wnętrza swoich hełmów i czoła, co miało zabezpieczać ich w bitwie i czynić niepokonanymi. Wg niektórych teorii Aegishjalmur reprezentuje osobę go noszącą (centrum znaku) otoczoną przez runy Algiz tworzące krąg ochronny. To bardzo piękny symbol :). Zgodnie z prośbą wykonałam go w oszczędnej i surowej wersji mini.

    I to tyle gwiazdek na dziś :).

    Piszę z technologicznego wygnania rzec by można ;). Od tygodnia nie mam własnego komputera, bo zostawiłam zasilacz w Warszawie i choć jest już w drodze powrotnej, to najwyraźniej od poniedziałku przetrawia go potwór zwany Pocztą Polską. Tym sposobem bardzo boleśnie przekonałam się jak ważne jest „P” w „PC”, bo korzystając z doskoku z innych komputerów bardzo wyraźnie czuję, że to po prostu nie moje, „personalne” komputery. Tak więc bardzo przepraszam wszystkich, którzy próbują ze mną skontaktować się np. na gg lub czekają na jakieś zdjęcia – z żadnego komunikatora nie korzystam od zeszłej niedzieli, a zdjęć nie mam za bardzo gdzie obrabiać :(. Boleśnie też odczuwam brak swojego Outlooka, tak więc mogłam przeoczyć jakieś emaile :(. Mam nadzieję, że sytuacja zmieni się w poniedziałek. Dzięki uprzejmości pewnej miłej osoby mogę jednak pokazać dziś co nieco :).

    To drugi wisior z otwartej „Avalonem” labradorytowej serii „Legendarne krainy”. Jego nazwa to „Laurelindorenan” (sprzedany). Miłośnicy Tolkiena od razu skojarzą, że to jedna z wielu nazw złotego lasu Lorien, zamieszkałego przez elfy pod wodzą Galadrieli i Celeborna. Ten cudowny, złoty labradoryt w centrum, od razu skojarzył mi się z czymś ciepłym, słonecznym, złotym, pełnym magii. I wyobrażam sobie, że taki właśnie musiał być las  pełen mallornów o złotych liściach, przez których korony przeświecało słońce.

    Drugą rzeczą, o której chciałam napisać jest konkurs Klejnot Polskiej Bizuterii. Otóż moja „Elaine” zajęła w nim 5 miejsce, konkurując z 67 wspaniałymi pracami profesjonalistów z całej Polski. Uważam to za ogromny sukces i bardzo dziękuję wszystkim głosującym :) .
    Inne nowości, które zrobiłam przez ten tydzień pokażę mam nadzieję wkrótce – kiedy odzyskam zasilacz, a z nim mój komputer :).


    • RSS